czwartek

O osiedlu (II)

W., czy ty mieszkasz jeszcze w I strefie? – to częste pytanie ludzi, którzy próbują dostać się do mnie, niekoniecznie nawet po raz pierwszy. Pytanie jest nawet uzasadnione, kiedy zerknie się chociażby na inne europejskie stolice. Berlin ma trzy strefy biletowe, Paryż – sześć, w Londynie komunikacja miejska opiera się nawet na dziewięć zones. W metropolii trzy razy większej niż Warszawa niewielu pewnie dziwi się, że będąc w granicach tego samego miasta należy czuwać, czy jadąc linią metra – na przykład 74-kilometrową Central Line – nie wyjechało się już poza Notting Hill Gate, gdzie rozpoczyna się strefa druga. Na samej linii centralnej stref biletowych jest zresztą sześć, przy czym szósta znajduje się w Epping, już poza samym Londynem.
„Jestem prawdziwym Warszawiakiem i mogę to udowodnić” – mniej więcej tej treści wiadomość dostała M., kiedy wychodziłem rano z urzędu dzielnicy, zaopatrzony w warszawski hologram na rewersie legitymacji studenckiej (drobne napisy: KARTA MŁODEGO WARSZAWIAKA – PŁACĘ PODATKI W WARSZAWIE – ZAKOCHAJ SIĘ W WARSZAWIE). „Tylko kto ci uwierzy” – dostałem w odpowiedzi.

Po lewej stronie Wisły właściwie nic ciekawego się nie dzieje, a zwiedzanie Pragi czy Saskiej Kępy – w przewodnikach turystycznych Warszawa kończy się zwykle na Pradze i Saskiej Kępie, do niektórych książek dopisano pewnie: i dalej nie zachodź, jeżeli Bóg ci miły – należy do jakiegoś krajoznawczego ekstremum. Tym bardziej, że Praga w sporej części od kilku lat jest i tak wielkim placem budowy. Po prawdzie, ludzie mieszkający po lewej stronie Wisły właściwie i tak nie mają po co jechać na drugi brzeg i M. jeszcze kilka lat temu była zdziwiona, że tuż za Mostem Łazienkowskim nie ma puszczy, której nie strzegłaby horda wilków. Podróże jednak kształcą, choćby i za Trasę Łazienkowską – okazało się, że parę przystanków od Saskiej jest spora galeria handlowa, jest ładny Park Skaryszewski. Później na horyzoncie ni stąd, nie zowąd wyrósł nawet Stadion Narodowy i odtworzono – na wzór lat międzywojennych aż do późnego Gierka, z przerwą na wojnę – parę plaż. Oczywiście, z widokiem na Powiśle i Śródmieście, co by potencjalny plażowicz mógł się czuć bezpiecznie.

Nie przyjadę, przepraszam, W., dlaczego mieszkasz w Starej Miłośnie, przepraszam W., utknęłam w korku i chyba jednak zawrócę, przepraszam W., czy czujesz ten orkan, ten huragan, tą śnieżycę i gradobicie za oknem, czy macie jeszcze w ogóle prąd, może da radę przenocować? Da radę, piszesz, ale tak daleko, to tak daleko.
Kiedy już się do mnie dojeżdża – a dzieje się to najczęściej w piątek wieczór, kiedy stoi Trasa Łazienkowska, kiedy brzęcząca nerwowo słoikami droga wylotowa na Lublin i Siedlce stoi w kilometrowych korkach – ludzie nie mogą się nadziwić, w jaki sposób jeszcze się w Starej Miłośnie uchowałem, może myślą w jaki sposób mieszkanie w północnej części tego osiedla miało na mnie wpływ, w jaki sposób codzienne przedzieranie się przez pola, chaszcze, dziką zwierzynę aż do wielkiej, chciwej i zachłannej Warszawy mnie ukształtowało. I słyszę zdziwienie, kiedy mówię – przecież nie jest tak źle, to tylko lekko ponad pół godziny do stacji metra, mogę coś przeczytać, coś przesłuchać, w nocnym... Jak to dobrze, że w ogóle mam nocny, niewiele osób ma przywilej autobusu nocnego, ich życie dopiero musi być udręką – albo trzeba się uśmiechnąć do znajomego kierowcy, albo zamówić drogą taksówkę, albo jechać ostatnim pociągiem gdzieś o 22, może tuż przed świtem – jak tam dopiero żyć, po prostu, jak żyć?
Kiedy ludzie już dojeżdżają do mnie – są zaskoczeni, że Warszawa może też tak wyglądać, że może być tak cicho, że przyjazd tutaj to jak przyjazd do babci na wieś. Nonsopedia: „środek osiedla przecina wonna, krystalicznie czysta rzeka, będąca schronieniem dla osiedlowych śmieci, nazywana Kanałkiem Wawerskim. (...) Będąc w Miłosnej nie zdziw się, jeśli przemaszerują obok ciebie kaczki, które opuściły kanałek wraz ze swoim potomstwem czy idąc w czasie deszczu utopisz się, bo postanowisz przejść przez kałużę, która sprytnie zamaskowała kilkumetrową dziurę w jezdni. Ze Starej Miłosnej wszędzie jest blisko, do dzielnicowego ratusza trzeba się tułać autobusem, do ronda Wiatraczna jeszcze dalej tułać się autobusem, a do centrum mieszkańcy tułają się niczym Odys przez 10 lat po morzach i oceanach. (…) Podróżni trafiają do Starej Miłosnej, kierując się wielką, złotą literą M górującą nad krajobrazem”.
Jeszcze w świadomości tutejszych mieszkańców przyjęło się, że jadąc dalej niż za górkę, mówi się – jedziesz do Warszawy? – jakby nikt jeszcze nie zauważył, że w Warszawie jesteśmy od ponad dekady. Ot, realia dzielnicy, w której jeszcze w połowie lat 80. przy jednej z głównych ulic wyrosła tablica z napisem o treści mniej więcej: TU POWSTANIE OSIEDLE 50-LECIA PRL-U – i nikt z autochtonów nie spodziewał się pewnie, że dwie dekady później będzie tu coś więcej niż drewniany kościółek, parę chałup, liche drogi z betonowej płyty, sklep przypominający pewnie ten z serialu Złotopolscy (prowadzony pewnie przez kobietę na wzór i podobieństwo pani Kleczkowskiej) i stacja CPN, zresztą zachodniego AGIP-u. To tam, w 1976 roku za towarzysza Gierka, miano niby przypadkiem – pewnie jasną, długą, prostą i szeroką jak morze 2-letnią wówczas Trasą Łazienkowską – zawieźć członków zespołu Abba, by mogli zobaczyć, że Polska niczym właściwie od zachodu się nie różni.
Zaraz zresztą mi się przypomina, że i ja nie jestem gorszy. Kiedy nowych tramwajów PESA było ledwie kilka i jeździły tylko na „dziewiątce”, znajomych zabierałem niepostrzeżenie trochę okrężną drogą, żeby mogli zobaczyć, jak bardzo światowo jeździ się już w Warszawie, w domyśle – tak jest już wszędzie, tylko ten stary, brudny tramwaj z lat 60. tak się jakoś nieśmiało zaplątał, pewnie z jakiegoś muzeum przypadkiem wyjechał. Kiedy otwierali ostatni, bielański odcinek metra – na Młocinach przemawiała prezydent Gronkiewicz-Waltz, później grali „Upiora w operze” – rzeczą naturalną wydawało mi pojechać właśnie tam, bo najbliższe metro przecież w Mińsku... Jak zwiedzać Warszawę, to nie starówkę, pałace albo replikę Zamku Królewskiego. Ma być światowo, zachodnio, nowocześnie, więc punktem obowiązkowym była raczej biblioteka Uniwersytetu, muzeum Powstania Warszawskiego albo Chopina, wieżowce i Centrum Nauki Kopernik niż jakiś prowincjonalny, wilanowski pałac Sobieskiego w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem.

A. uciekła ze Starej Miłosny do Wawra, wpierw zachwycona tym, że jedzie 15 minut do domu krócej niż ja (można w tym czasie umyć ręce, zaparzyć herbatę, zjeść kanapeczkę), jednak już teraz intensywnie poszukuje pokoju jeszcze bliżej nęcącego Śródmieścia.
Kto raz zakosztował powrotu do domu w krócej niż dwadzieścia minut, ten niechętnie wraca do codziennego czytania kilkudziesięciu stron książki w komunikacji miejskiej, do polowania na siedzenia z dala od tych, do których mogłaby podejść wzbudzająca wyrzuty sumienia starsza kobieta. Kto od dawna nie czekał na autobus dłużej niż 10 minut, ten nie może zrozumieć, jak kiedyś mógł wytrzymywać jeszcze dłużej, i to czasem przy kilkunastostopniowym mrozie. Kto już nie musi sobie organizować wieczorowych planów pod kątem odjeżdżającego co godzinę autobusu nocnego spod Dworca Centralnego – chyba, że nigdzie nie bywa, nie lubi wypić i nie ma nawet prawa jazdy, o samochodzie i pieniądzach na benzynę nie wspominając – ten nieprzymuszony do swojej wioski, choćby i w I strefie, nie wróci.