poniedziałek

O ciotkach

Jedni właśnie otrząsają z przeżytej właśnie depresji, będącej skutkiem spojrzenia się w lustro na chwilę przed zakończeniem sezonu grzewczego. Drudzy uznali, że szkoda już łez na samą myśl o niemożliwości dopięcia się na ostatni guzik, na kolejne spodnie przetarte w kroku, na koszulę nieznośnie krępującą ruchy. Już plany diet na cały rok, już o spacerze Chmielną w tłusty czwartek z ciepłym pączkiem z różaną marmoladą, z adwokatem można zapomnieć, nie dla ciebie ta cała tłusto-węglowodanowo zabawa, nie dla ciebie te wszystkie pączki, bezy, chrusty, nie!
I już dyskonty promują oferty, na których szczupłe, wysportowane kobiety z obowiązkowym zielonym jabłuszkiem w dłoni zachęcają cię: kup produkt bezglutenowy, bez pszenicy, sam błonnik, tylko białko, pełne ziarno, otręby, zarodki, surówka z rukolą, może roszponką, herbatka biała, zbożowe ciasteczko – nie, nie na deser, chłopczyku, zamiast posiłku. W radiu pani drżącym głosem oznajmia, że do wiosny jeszcze tyle czasu (chyba astronomicznej), a ona od nowego roku przytyła już cztery kilogramy i pewnością nie byłby to koniec tej agonii, udręki, tortury, gdyby na swoją wstydliwą przypadłość nie odnalazła cudownej pigułki szczęścia zwalczającej apetyt, tkankę tłuszczową, cellulitas. Ci, którzy wcześniej bieganie nazwaliby prędzej histeryczną formą poruszania się niż aktywnym sposobem spędzania czasu, teraz z zazdrością patrzą się na tych, którzy już zdążyli przebrać się w świeżo wyprane w czterdziestu stopniach dresy, założyli sportowe buty, zalogowali się na endomondo i z pulsometrami na nadgarstku, słuchawkami w uszach krążą po okolicy, doznając przy tym siebie, słonego potu na skroni, pod pachą, przyspieszonego bicia serca, uwalniających się endorfin, orgazmu ich powszedniego.
Gdzieniegdzie słychać jeszcze tych, którzy zdążyli się już uzależnić od aerobiku, siłowni, fitnessu i kiedy tylko przy spotkaniu pada hasło „dieta”, już jesteś zasypywany informacjami, do jakich konsekwencji może prowadzić (twój) niezdrowy, siedzący tryb życia, czym kończy się nierozważne jedzenie pszenicy. Już nastąpił wybuch, już fit-słowa wychodzą z ust jak pociski a ty się kulisz, bo ostatnio biegałeś może z dwa lata temu, i to może co najwyżej kilka razy. W dłoni dzierżysz śmiercionośnego donuta, popijasz go kawą posłodzoną białym cukrem.
Pojedziesz na weekend do T. – myślisz sobie – ale nie, przecież zaraz T. cię znowu przytuli, zaraz złapie cię za talię, spiesznie donosząc: „kuleczko, ale masz boczki, tyjesz nam na potęgę, mój sanczo pączku, mój strupieszały cherubinku”. Niby wszystko to dla żartów, ale już wyobrażasz sobie, jaką ona może mieć satysfakcję z tego łapania, tego nakrycia, pokrętnej znajomości twojego słabego punktu, ach, gdyby tym razem nie dać jej tej satysfakcji!
Ale póki co kulisz się cały w swoim własnym kompleksie, w obliczu billboardu z roznegliżowanym Beckhamem na Domach Towarowych Centrum, w obliczu wszystkich zawiedzionych, choć dyskretnych i wyimaginowanych spojrzeń, nawet w obliczu buzi Kory, która na rozkładówce między sesjami chemioterapii wygląda bardziej kwitnąco niż ty przez całe swoje życie. To wszystko w twojej głowie, kuleczko, myślisz sobie, ale już się w lustrze na siebie spoglądać nie możesz, już się chcesz myć pod prysznicem w blasku wątle palącej świeczki, już nie masz brzuszka, ino dzierżysz w dłoni coś na kształt tego, co Robin Williams nazwałby Flubberem. I właściwie trochę z zazdrością patrzysz na te fit-koleżanki, jednocześnie mając ochotę – podłość ludzka niech nie zna granic – je dokarmiać, piec im ciasta, strudle, rolady, wpychać im pszenicę, aż będzie wychodzić każdym otworem ciała.
Nowoczesna waga nie kłamie, pokazuje niemoralne liczby w obliczu nadchodzącego pospiesznie sygnału „overweight”, już procent tkanki tłuszczowej dawno przekroczył dwadzieścia procent. I nagle mówisz, głośno i wyraźnie mówisz: „dość tego”, eksterminujesz z kuchni wszystkie potencjalne źródła grzechu (cukier, mąka, niedokończony batonik, mielony sprzed dwóch dni), już kupujesz w sklepie rzeczy „na doprowadzenie się do stanu”, w koszyku chude nabiały, beztłuszczowe filety, przyglądasz się bacznie każdemu warzywku (owocom nie, bo zgubna fruktoza), ostentacyjnie mijasz aleję pieczywa (po cichu wkładasz tylko ten najbardziej ciemny, natychmiast przykrywasz go sałatą lodową), z wyższością patrzysz się widok na słodyczy (może by tak jednak gorzką czekoladkę?), do kartonów z sokami, butelek z napojami, opakowaniami z chipsami nawet nie zamierzasz podchodzić. Spokojnie, piwa napijesz się pod koniec tygodnia, uprzednio nie jedząc cały dzień – i już pochwalasz się za to ekonomiczne podejście, bo jak cię po tym piwie trzepnie, to jakbyś wchłonął jednym haustem całą ćwiartkę.
I wieczorem krzyczysz: bożę, taki jestem głodny, nie mogę się na niczym skupić, co robić, może zielonej herbaty się napiję, ale naprawdę jestem głodny, no to marcheweczka, no, no nie taka malutka, o, i już w dłoni dzierżysz dostojną, dorodną, falliczną marchew, i już się cieszysz jak gilgane niemowlę, że oparłeś się pokusie, że poskromiłeś ochotę na zjedzenie drożdżówki, marsika, kinder niespodzianki, że nie zacząłeś nagle ukręcać kogla-mogla, wypiekać ciasta czekoladowego („murzynek” już dawno uznałeś za nazwę bardzo niepoprawną politycznie) i żaden przyjemny zapach nie roznosi się po całym domostwie, doprowadzając do wrzenia wszystkie twoje kubki smakowe.
I tak katujesz się już trzeci dzień, dieta, rower, codziennie rano coraz bardziej obolały od pierwszego w tym sezonie dżogingu (sms: „widziałem jak biegałeś, jak jakaś baletnica”) stajesz nagi na wagę, sprawdzając czy już „coś” ruszyło. Jest twoja nagroda, kuleczko, waga spadła o trzy kilogramy, to nic że to kwestia dobrego wypróżnienia, że od trzech dni prawie nic nie jadłeś, prawie nic nie piłeś.
Wtedy nagle odkrywasz na samym dnie zamrażarki robione parę tygodni temu muffiny – skoro tak dobrze ci się powodzi, to możesz się nagrodzić – i już słodki zapach z mikrofalówki unosi się po całym domostwie, już jesteś cały szczęśliwy, choć to szczęście okupowane jest jednak jakby trochę nieszczęściem. Ale nagroda to nagroda, czysty behawioryzm w końcu.

czwartek

O trocinach (I)

Rzeczywiste olśnienie socjologiczne miało nadejść, kiedy w jednym z popularnonaukowych magazynów przeczytałem: „Gerald Mollenhorst nie bez zdumienia odkrył, że co siedem lat wymieniamy co najmniej połowę znajomych”. Przeczytałem raz jeszcze – oto Mollenhorst „nie bez zdumienia odkrył” – i pomyślałem wtedy, ileż badań trzeba było wymyślić, ileż ankiet musiano wypełnić, ileż wywiadów pogłębionych należało przeprowadzić, by niemiecki socjolog mógł wprowadzić się w aż takie zdumienie. Czy aby jednak na twarzy Mollenhorsta nie wymalowała się mina przygnębienia, jako że w siedem lat straci, i to przy dobrych wiatrach, przynajmniej połowę aktualnych znajomych? Że po czternastu latach przynajmniej trzy czwarte? Że im dalej w las, tym niewiele w jego życiu linii od zarania własnych dziejów – ciągłych? I czy Mollenhorst zastanawiał się, jak można byłoby kontynuować jego badania, jaką książkę można byłoby na ten temat napisać? „Jak nie stracić aktualnych znajomych w siedem lat” – o, to brzmi banalnie, to brzmi jak amerykański poradnik poprawy komfortu życia. A może „jak stracić połowę znajomych w szybciej niż siedem lat”? Że pesymistycznie? Że kto by czytał taką tragikomedię? Dalej w artykule wspomniano o ogólnopolskiej diagnozie społecznej, wedle której przez ostatnie dwie dekady dwukrotnie wzrosło znaczenie posiadania przyjaciół i cały paradoks polegać miał tylko na tym, że z całego tego „posiadania” satysfakcji jakby mniej, że z czasem na pielęgnację relacji coraz bardziej licho. Więc może: „jak (w płynnej rzeczywistości) stracić o wiele więcej niż połowę znajomych w szybciej niż siedem lat, by cieszyć się z tego, co zostało”? Może to rzecz godna rozważenia, godna dogłębnej analizy, godna wykrzyczenia: socjologio, nie przestawaj zdumiewać, trwaj!
Skończyć szkołę, kurs, zmienić pracę – nic bardziej pewnego, jeżeli chodzi o utratę najbardziej powierzchownych relacji i nic bardziej nie dającego ulgi, jeżeli w jednym z tych miejsc niepokojąco wzrasta w tobie ochota na dokonanie rozbratu z życiem ludzi przebywających wokół ciebie.
Nie jestem pewny czy kiedykolwiek chodziłem do klasy, którą można byłoby nazwać „zgraną”. Kiedy usłyszałem z czyichś ust – „nie zobaczymy się dziś wieczorem, dzielę się opłatkiem z moją klasą, jeszcze z gimnazjum klasą” – pomyślałem o takim spotkaniu z pewnym niedowierzaniem, z odruchowym pytaniem: „ale po co?” – „a tak to jest, tak to jest”. Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem wymieniłem kilka zdań z kimś, z kim chodziłem w poprzedniej dekadzie na zajęcia. Że to stwierdzenie padnie – wiedziałem od razu. Nie wiedziałem tylko, ile czasu będę potrzebować, by mogło ono swobodnie wybrzmieć. „Trzeba się spotkać, tak powspominać, tak grupowo” – ach, w końcu! – i zastanawiałem się czy zdanie to pełniło teraz funkcję zupełnie fatyczną czy ktoś rzeczywiście dalej ma pewnego rodzaju ciągoty w kierunku wskrzeszania zmarłych, może wstydliwej nekrofilii. „Nic tak lepiej nie wspominam niż liceum, he, he” – taka to smutna konstatacja w końcu dobitnie padła – „tak, tak, ja też lubię rozczulać się nad okresem bycia larwą”. Kiedy w zeszłym roku przechodziłem na pasach, było to skrzyżowanie Nowego Światu ze Świętokrzyską, moją drogę zaszedł niski brunet. „Cześć” – „ojej, cześć”. I chciałem już iść dalej, ku Ordynackiej, spieszyłem się – nawet jak nie, to i tak bardzo się spieszyłem – gdy ten poszedł za mną. Po co szedł – nie wiem, ale skoro już pofatygował się tym pójściem za mną, to pewnie w celu zadania kolejnej wyświechtanej frazy. Krępy mężczyzna z na wpół otwartą jamę gębową, wyszczerza centymetrową diastemę, usta w dzióbek, zupełnie jakby chciał powiedzieć długie, przeciągłe „o”, w końcu zadaje pytanie: „co tam słychać, Piotrze?”. Ja w drgawki, czy dobrze, czy źle, czy jakoś idzie, może stara bieda, może jednak do przodu? A więc, biedaku, small talku w oczekiwaniu na zielone ci się zachciało? Półtora roku się chyba nie widzieliśmy, zamieniliśmy przez życie może z kilkadziesiąt zdań i jak już rzuciliśmy tę pracę w cholerę, teraz „co tam słychać”! „A Vaclaw Havel nie żyje” – odparłem, bo wtedy była to jedyna przyświecająca mojemu umysłowi głębsza myśl. Dalszy zalążek rozmowy – to co wyartykułowane nie było przecież rozmową, raczej paskudnym banałem, w myślach tworzyłem na wypadek dalszego zagajania kolejne epitafia – miał już prowadzić ku kolejnym absurdom, ku pukaniu w dna den relacji interpersonalnych. I kiedy wylądowałem już na Ordynackiej, nie wiedziałem czy czym prędzej nie skierować się na Most Poniatowskiego i nie rzucić się gdzieś pod skarpę. „P.W. Człowiek, który spadł z attyki” – pomyślałem o nagrobku – „tylko ten lęk wysokości, nie dam rady, nie dam rady!”.
Są emigracje stałe, kiedy ludzie wyjeżdżają albo do innego kraju, albo przynajmniej do innego miasta. Nie jest źle, jeżeli emigranci chcą się z tobą zobaczyć chociaż raz do roku. Takie spotkania – kawa, ciasteczko, piwko, polish vodka, polish hospitality – mają najczęściej to do siebie, że upływają pod znakiem szybko mijających rozmów o tym, jak wygląda życie „tam”, jak wygląda życie „tutaj”, co się zmieniło od ostatniej wizyty, i dalej: za czym się zatęskniło, komu się urodziło, się ożeniło, się zmarło, albo przynajmniej nie udało w życiu. Jeżeli zobaczysz jednak, że bliscy ci kiedyś emigranci przyjechali do Polski i nie pisnęli tobie o tym ani słowa – najprawdopodobniej stałeś się w ich oczach bliżej nieokreślonym zjawiskiem z przeszłości, mumią, skamieliną, kurzu już nie ścieraj i szczęścia szukaj gdzieś indziej.
Są jeszcze ludzie, którzy znikają z naszego otoczenia na pół roku, może rok. „Jadę na erasmusa”, „stypendia naukowe”, „zagraniczny staż, Malediwy welcome to”, „muszę odbyć podróż wewnętrzną, noc czarna i polarna, aktualne miejsce zamieszkania: Reykjavik” – ci stają się dla wtedy mnie na wpół żywi, na wpół umarli, wysyłający co jakiś czas pocztówki zza światów, takie jak: „pozdrawiam mroźną Polskę”, „jestem pod wieżą Eiffela”, „wyprzedaż na La Rambla”, „na plaży Ipanema plus czterdzieści stopni, piję mojito z Alejandro, oto spis cudzołożników”, „przelew z uczelni, ha, ha”. Statusy te tłumaczone są często na języki obce – nie dość, że wygląda to bardziej profesjonalnie i można pochwalić się doskonałą, wydawać by się mogło, znajomością języka obcego, to można dostać kilka dodatkowych likes od nowych friends z zagranicy, albo przynajmniej uniknąć komentarzy współtowarzyszących w wyprawie z zapytaniem, co takiego właśnie napisałeś. Jest jednak coś ujmującego, kiedy tymczasowo emigrujący wracają ze swoich nie-rzeczywistości do szarych rzeczywistości i choćby cały wyjazd pili, ćpali czy chędożyli, to i tak mam wrażenie że dojrzeli, że nabrali życiowej ogłady i że coś tak naprawdę tracę, nie planując kilkumiesięcznego urlopu z życia.
Tak jest, lajk jest dziś ważny, lajk to znaczy – pamiętać, lajk to znaczy – sprawić komuś chwilę przyjemności, obdarzyć kogoś tymczasowym szacunkiem, podbić znaczenie jego śladu w wirtualnej rzeczywistości: „zdałem egzamin na prawo jazdy”, „jestem magisterką”, „ja i moje zdjęcia z Ibizy, na wszystkich wyglądam wystarczająco chudo”, „zostałem przewodnikiem, taki mądry jestem”, „zaręczyłam się, wysyłam zdjęcia pierścionka, palców, zupełnie przypadkiem jestem tuż po manikir, mam frencza i przez ostatni tydzień starałam się nie obgryzać moich pazurków”, „wieczór kawalerski taki udany, leżałem krzyżem pod świętą Anną, patronka małżonków, przygoda na Mariensztacie, he, he”, „mój bobo, chyba dziewczynka, bo siusiaczka nie widać” (pod spodem zdjęcie z USG, z którego do końca nie wiadomo – płód to czy nerka?) i czekać wtedy tylko na moment, kiedy w trakcie naszego śniadania przyszły ojciec prześle w ekstatycznym triumfie zdjęcie dziecka wyjętego prosto z macicy, jeszcze w zielonkawym śluzie, jeszcze matka w tle cała obolała, nie wiedząca do końca, co się stało i kiedy w końcu będzie mogła umrzeć. Parę miesięcy później – jest! – „jednak chłopiec, chłopczyk, synuś, siusiaczek, młody byczek” – sto dwadzieścia lajków, a ja pokątnie w myślach odliczam, kiedy „byczek” dorośnie i wrzuci na swój portal społecznościowy zdjęcie tatusia w trumnie: „jednak tatuś trup, rigor mortis, stary nieboszczyk”.

O osiedlu (II)

W., czy ty mieszkasz jeszcze w I strefie? – to częste pytanie ludzi, którzy próbują dostać się do mnie, niekoniecznie nawet po raz pierwszy. Pytanie jest nawet uzasadnione, kiedy zerknie się chociażby na inne europejskie stolice. Berlin ma trzy strefy biletowe, Paryż – sześć, w Londynie komunikacja miejska opiera się nawet na dziewięć zones. W metropolii trzy razy większej niż Warszawa niewielu pewnie dziwi się, że będąc w granicach tego samego miasta należy czuwać, czy jadąc linią metra – na przykład 74-kilometrową Central Line – nie wyjechało się już poza Notting Hill Gate, gdzie rozpoczyna się strefa druga. Na samej linii centralnej stref biletowych jest zresztą sześć, przy czym szósta znajduje się w Epping, już poza samym Londynem.
„Jestem prawdziwym Warszawiakiem i mogę to udowodnić” – mniej więcej tej treści wiadomość dostała M., kiedy wychodziłem rano z urzędu dzielnicy, zaopatrzony w warszawski hologram na rewersie legitymacji studenckiej (drobne napisy: KARTA MŁODEGO WARSZAWIAKA – PŁACĘ PODATKI W WARSZAWIE – ZAKOCHAJ SIĘ W WARSZAWIE). „Tylko kto ci uwierzy” – dostałem w odpowiedzi.

Po lewej stronie Wisły właściwie nic ciekawego się nie dzieje, a zwiedzanie Pragi czy Saskiej Kępy – w przewodnikach turystycznych Warszawa kończy się zwykle na Pradze i Saskiej Kępie, do niektórych książek dopisano pewnie: i dalej nie zachodź, jeżeli Bóg ci miły – należy do jakiegoś krajoznawczego ekstremum. Tym bardziej, że Praga w sporej części od kilku lat jest i tak wielkim placem budowy. Po prawdzie, ludzie mieszkający po lewej stronie Wisły właściwie i tak nie mają po co jechać na drugi brzeg i M. jeszcze kilka lat temu była zdziwiona, że tuż za Mostem Łazienkowskim nie ma puszczy, której nie strzegłaby horda wilków. Podróże jednak kształcą, choćby i za Trasę Łazienkowską – okazało się, że parę przystanków od Saskiej jest spora galeria handlowa, jest ładny Park Skaryszewski. Później na horyzoncie ni stąd, nie zowąd wyrósł nawet Stadion Narodowy i odtworzono – na wzór lat międzywojennych aż do późnego Gierka, z przerwą na wojnę – parę plaż. Oczywiście, z widokiem na Powiśle i Śródmieście, co by potencjalny plażowicz mógł się czuć bezpiecznie.

Nie przyjadę, przepraszam, W., dlaczego mieszkasz w Starej Miłośnie, przepraszam W., utknęłam w korku i chyba jednak zawrócę, przepraszam W., czy czujesz ten orkan, ten huragan, tą śnieżycę i gradobicie za oknem, czy macie jeszcze w ogóle prąd, może da radę przenocować? Da radę, piszesz, ale tak daleko, to tak daleko.
Kiedy już się do mnie dojeżdża – a dzieje się to najczęściej w piątek wieczór, kiedy stoi Trasa Łazienkowska, kiedy brzęcząca nerwowo słoikami droga wylotowa na Lublin i Siedlce stoi w kilometrowych korkach – ludzie nie mogą się nadziwić, w jaki sposób jeszcze się w Starej Miłośnie uchowałem, może myślą w jaki sposób mieszkanie w północnej części tego osiedla miało na mnie wpływ, w jaki sposób codzienne przedzieranie się przez pola, chaszcze, dziką zwierzynę aż do wielkiej, chciwej i zachłannej Warszawy mnie ukształtowało. I słyszę zdziwienie, kiedy mówię – przecież nie jest tak źle, to tylko lekko ponad pół godziny do stacji metra, mogę coś przeczytać, coś przesłuchać, w nocnym... Jak to dobrze, że w ogóle mam nocny, niewiele osób ma przywilej autobusu nocnego, ich życie dopiero musi być udręką – albo trzeba się uśmiechnąć do znajomego kierowcy, albo zamówić drogą taksówkę, albo jechać ostatnim pociągiem gdzieś o 22, może tuż przed świtem – jak tam dopiero żyć, po prostu, jak żyć?
Kiedy ludzie już dojeżdżają do mnie – są zaskoczeni, że Warszawa może też tak wyglądać, że może być tak cicho, że przyjazd tutaj to jak przyjazd do babci na wieś. Nonsopedia: „środek osiedla przecina wonna, krystalicznie czysta rzeka, będąca schronieniem dla osiedlowych śmieci, nazywana Kanałkiem Wawerskim. (...) Będąc w Miłosnej nie zdziw się, jeśli przemaszerują obok ciebie kaczki, które opuściły kanałek wraz ze swoim potomstwem czy idąc w czasie deszczu utopisz się, bo postanowisz przejść przez kałużę, która sprytnie zamaskowała kilkumetrową dziurę w jezdni. Ze Starej Miłosnej wszędzie jest blisko, do dzielnicowego ratusza trzeba się tułać autobusem, do ronda Wiatraczna jeszcze dalej tułać się autobusem, a do centrum mieszkańcy tułają się niczym Odys przez 10 lat po morzach i oceanach. (…) Podróżni trafiają do Starej Miłosnej, kierując się wielką, złotą literą M górującą nad krajobrazem”.
Jeszcze w świadomości tutejszych mieszkańców przyjęło się, że jadąc dalej niż za górkę, mówi się – jedziesz do Warszawy? – jakby nikt jeszcze nie zauważył, że w Warszawie jesteśmy od ponad dekady. Ot, realia dzielnicy, w której jeszcze w połowie lat 80. przy jednej z głównych ulic wyrosła tablica z napisem o treści mniej więcej: TU POWSTANIE OSIEDLE 50-LECIA PRL-U – i nikt z autochtonów nie spodziewał się pewnie, że dwie dekady później będzie tu coś więcej niż drewniany kościółek, parę chałup, liche drogi z betonowej płyty, sklep przypominający pewnie ten z serialu Złotopolscy (prowadzony pewnie przez kobietę na wzór i podobieństwo pani Kleczkowskiej) i stacja CPN, zresztą zachodniego AGIP-u. To tam, w 1976 roku za towarzysza Gierka, miano niby przypadkiem – pewnie jasną, długą, prostą i szeroką jak morze 2-letnią wówczas Trasą Łazienkowską – zawieźć członków zespołu Abba, by mogli zobaczyć, że Polska niczym właściwie od zachodu się nie różni.
Zaraz zresztą mi się przypomina, że i ja nie jestem gorszy. Kiedy nowych tramwajów PESA było ledwie kilka i jeździły tylko na „dziewiątce”, znajomych zabierałem niepostrzeżenie trochę okrężną drogą, żeby mogli zobaczyć, jak bardzo światowo jeździ się już w Warszawie, w domyśle – tak jest już wszędzie, tylko ten stary, brudny tramwaj z lat 60. tak się jakoś nieśmiało zaplątał, pewnie z jakiegoś muzeum przypadkiem wyjechał. Kiedy otwierali ostatni, bielański odcinek metra – na Młocinach przemawiała prezydent Gronkiewicz-Waltz, później grali „Upiora w operze” – rzeczą naturalną wydawało mi pojechać właśnie tam, bo najbliższe metro przecież w Mińsku... Jak zwiedzać Warszawę, to nie starówkę, pałace albo replikę Zamku Królewskiego. Ma być światowo, zachodnio, nowocześnie, więc punktem obowiązkowym była raczej biblioteka Uniwersytetu, muzeum Powstania Warszawskiego albo Chopina, wieżowce i Centrum Nauki Kopernik niż jakiś prowincjonalny, wilanowski pałac Sobieskiego w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem.

A. uciekła ze Starej Miłosny do Wawra, wpierw zachwycona tym, że jedzie 15 minut do domu krócej niż ja (można w tym czasie umyć ręce, zaparzyć herbatę, zjeść kanapeczkę), jednak już teraz intensywnie poszukuje pokoju jeszcze bliżej nęcącego Śródmieścia.
Kto raz zakosztował powrotu do domu w krócej niż dwadzieścia minut, ten niechętnie wraca do codziennego czytania kilkudziesięciu stron książki w komunikacji miejskiej, do polowania na siedzenia z dala od tych, do których mogłaby podejść wzbudzająca wyrzuty sumienia starsza kobieta. Kto od dawna nie czekał na autobus dłużej niż 10 minut, ten nie może zrozumieć, jak kiedyś mógł wytrzymywać jeszcze dłużej, i to czasem przy kilkunastostopniowym mrozie. Kto już nie musi sobie organizować wieczorowych planów pod kątem odjeżdżającego co godzinę autobusu nocnego spod Dworca Centralnego – chyba, że nigdzie nie bywa, nie lubi wypić i nie ma nawet prawa jazdy, o samochodzie i pieniądzach na benzynę nie wspominając – ten nieprzymuszony do swojej wioski, choćby i w I strefie, nie wróci.