środa

O matce

Paradoks – bo w pewnym momencie kochasz i nienawidzisz.
Kiedy w wieku nastoletnim odkrywasz, że bliski tobie rodzic nagle staje się postacią od ciebie odmienną. Kiedy zaczynasz dostrzegać w nim defekty, nawet jeżeli są one w końcu – już z dłuższej perspektywy czasu – przesadzone, nieistotne wręcz. Partnerów, przyjaciół, znajomych możesz dobierać, zmieniać wedle własnego klucza, adekwatnie do czasu, możliwości i potrzeb. A rodziców masz na całe życie – i ciągle uczysz się z nimi koegzystować, i to w coraz innej sytuacji.
Hubert w Zabiłem swoją matkę wspomina, że każdy w pewnym momencie chce popełnić na niej tytułowe zabójstwo. Czasami trwa to tylko chwilę, czasami rok... Narusza przy tym tabu. Czy masz prawo nienawidzić osobę, która dała ci życie i dla której stanowisz często cel egzystencji? Czy posiadanie dziecka nie jest po prostu egoizmem? Czy w relacji rodzic-dziecko chodzi wyłącznie o zrozumienie, wzajemne zrozumienie? Rodzice! Ich przyzwyczajeń i cech charakteru już radykalnie nie zmienimy. Nieswojo też czujemy się, kiedy po okresie buntu coraz bardziej dostrzegasz w sobie ich cząstki – w gestach, zachowaniach, może poczuciu humoru?
Wspomniany film to też opowieść, jak sama matka przeżywa postępującą zmianę wkraczającego w dorosłość dziecka. Widzimy reakcję na bunt, na jego życiowe decyzje. A scena, w której główny bohater w chwili poirytowania wykrzykuje matce: co by było, gdybym teraz umarł? Matka kończy cichym: umarłabym jutro... Bezwarunkowa miłości! Kiedy widząc jak bardzo nieznośne jest dziecko, jak w relacjach z nim jesteśmy zagubieni, rodzic zwykle czy nie pragnienie jego – szczęścia? ochrony? Matka Huberta wyrzucając mu informację o wiedzy na temat jego homoseksualizmu ma pretensje nie o to, że ten zakochał się w mężczyźnie. Raczej, że dowiedziała się tego od osoby trzeciej, przypadkiem, mimowolnie. Że ten nie zdołał jej zaufać, by poinformować o rzeczy szalenie przecież ważnej. Niezależnie jak długo zajęłoby oswojenie jej się z tą wiedzą. 
Więc – pozostaje zaakceptować ich, bezwarunkowo? I sami traktować będą nas tak samo? Z mniej czy bardziej intrygującym bagażem życiowym? 

Nie wiem, który burdel mnie bardziej przeraża: ten w moim pokoju czy ten w mojej głowie.
– Brak burdelu w pokoju przyczynia się do złudzenia (może nie tylko złudzenia?), że w głowie też brak burdelu, wszak skoro pranie zrobione, kurze starte, papiery posegregowane, śmieci wyniesione, płyty poukładane alfabetycznie, koszulki poukładane od najjaśniejszej do najciemniejszej, okno błyszczy a kubki pozbierane, z fusa wyzbyte i już suche – jedno to oznacza: w moim życiu nie może być burdelu, skoro mam taki fantastyczny ład w pokoju! Pozbywanie się burdelu w pokoju pozwoli ci też zapomnieć o burdelu w życiu. O ile taki rzeczywiście występuje, nie będąc tylko para-burdelem, czyli efektem burdelowego dnia. Dochodzimy więc do konstatacji: sprzątanie pokoju dobre na wszystko, sprzątanie pokoju posprząta twoje życie!
Piotrze, brzmisz jak większość polskich matek...
– MATEK?! 

niedziela

O zmierzchu (I)

Każdy dziadek i każda babcia po przekroczeniu pewnej magicznej granicy wieku stają się tacy sami – z tymi samymi nawykami, zwrotami, zachowaniami, manierą... Dla mnie jest to obserwacja jakby innego świata, jakby jakieś cuda działy się tutaj.
Ale tak naprawdę – nie dzieje się nic.
Powiedz mi natychmiast, na kogo głosowałeś?
– Na Palikota.
Domyślam się, młody jesteś, kościółka unikasz, to i na kogo innego...
– A Babcia głosowała?
Tak, tak, na Tuska, bardzo go lubię!
I nie mówi już, że jak trwoga, to do Boga. Trwogi mi raczej nie życzy, to i przy moich kontaktach (brakach) z panem B. się nie upiera. Nie słyszałem też, by zmawiała ostatnio zdrowaśki. Być może znalazła inny sposób na medytację. Do kościoła przestała przychodzić – to kościół przychodzi do niej. Dowiedziałem się o tym przypadkiem, w pewne piątkowe przedpołudnie otwierając wejściowe drzwi. Szczęść Boże! – robię duże oczy – szczęść... boże. Babcia już zniecierpliwiona, w sieni, wejście na hasło k+m+b, woda święcona, figura Jezusa na krzyżu w pełnej gotowości. Młody, jurny ksiądz, wikary nasz, tym bardziej! Zwiewam na piętro, podczas gdy tam na dole...
Dziadek myślał kiedyś, że zostanę księdzem. Babcia mu jednak to wyperswadowała. W końcu tak za dziewczynami nasz Pietrek lata (he, he!).
– Pamiętam, babcia ma dziś urodziny...
A skończyłam dwie kosy!
Ostatnio opowiadała, jak dzwoni do niej czasem taka miła pani, na rozmowę o wierze ją zaprasza. Pewnego dnia zaczepiło ją na Grochowie młode małżeństwo, sympatyczni ludzie, wręczyli broszurki, poprosili o telefon, też chcieliby porozmawiać. Babcia w gruncie rzeczy cieszy się, porozmawiać zawsze może, broszurki przeczytała, nawet chciała odnaleźć tych ludzi, może jeszcze im się przydadzą. Odparłem – sam bym chętnie tak podyskutował, nowi ludzie, nowe perspektywy! Wręczyła broszurki. Przestraszyłem się. Zapomniałem, co mogę na nią niechcący, w najmniej nieoczekiwanym momencie, zesłać.

Częściej wymieniamy między sobą książki. Z tym, że proza mierzi ją i nudzi śmiertelnie. Babcia szczególnie upodobała sobie biografie. Może uznała, że jej życie nie obfitowało w wystarczająco wielkie wydarzenia, te znajdzie więc w mniej czy bardziej opasłych tomach. Kiedyś podesłałem jej książkę Jacksona – przeczytała prędko, nie kryjąc zadowolenia. I się zaczęło! Niedawno była Villas, potem Janda, Wałęsowa, Mann z Materną, w końcu Czubaszek... Maria Czubaszek! Zimowego wieczoru siedzimy przy herbatce, Babcia opowiada (śnieg, piec, obiad, keks), w sąsiednim pokoju wieczór z Lisem, tam wyskakują jak z czarodziejskiego kapelusza i Czubaszek, i Cichopek, i Kempa, i Nowicka, i smutny pan z pisu. Ile radości na raz! Natychmiast przerywa opowieści, siadamy przed telewizorem, Babcia – moja konsternacjo! – kibicuje Czubaszek. Starej aborcjonistce kibicuje! Ale wspieram ją w tym, i już drwimy z Kempy, i irytujemy się Nowicką, i dziwimy na smutnego pana. Teraz bardziej niż o życie narodzonych dbają o nienarodzonych! Już kończąc herbatkę – nie wytrzymała, sama zaczęła opowiadać o smutnych urokach macierzyństwa. Poprosiła o więcej Czubaszek. Dwa dni później czyta zakupione przeze mnie wywiady Andrusa, ciekawe, opowiada o tym jak to tacy ludzie też są też potrzebni. I nawet w tym momencie jest przewrotnie, Maria bowiem leży na książce zupełnie innego kalibru. Przekroczyć próg nadziei. Wspólne wyjście na Paradę Równości więc pod znakiem zapytania.

Inny poniedziałek, dziesięć przed siódmą. Moszczę się w pościeli, odsypiam noc, jeden po drugim wizualizują się sny, ze snu wybudza mnie jednak Babcia, mara Babci właściwie. W domu nie ma zwyczaju, by zamykać do siebie drzwi czy nawet pukać i czekać na proszę.
– Oj, słyszałam kroki! To pewnie już wstałeś. – i zaczyna swoją historię.
– Nie, ja śpię, sen, rem... – mówię niepewnie, zawieszony jakby w fazie, kiedy sen już się skończył, ale świadomość rzeczywistości jeszcze nie nadeszła. A może Babcia po prostu się śni? Ciągnie jednak dalej: kąpiel, myła włosy, w piecu wygasło, Ryśkowa, jutro ksiądz, buty przy drzwiach, widziała, to znaczy jestem, nie ma niebezpieczeństwa, schowała pod kaloryfer, mokre. To drzemię teraz, naprawdę? Ale włosów przypadkiem nie myłem? Z mokrymi z domu nie wyjdę, rozchoruję się, zapalenie... Mam co na śniadanie?
– Nie. Ja spałem... Spałem!
– Ale kroki słyszałam... To pewnie jeszcze podrzemać chcesz.
Wcale a wcale. Budzik nastawiony jest na 9:20, ale już tak wsiąkły we mnie te wszystkie leki, księża, włosy, buty, że już nie pójdę spać. Tak będę leżeć!

A już wspomniałem: może znajomi do mnie wpadną na dwie, trzy, może cztery noce, mają swoje ferie, urlopy, miejsca pod dostatkiem. Milczała. Przyszła następnego dnia, zamyślona, już widzę: oto szykuje się dłuższa rozmowa.
– Mówiłam Dziadkowi... (teraz na pewno łatwo nie pójdzie).
I już cała dyskusja o znajomych: jak to dobrze, mam znajomych, w końcu jeżdżę po Polsce, oni z tej Polski do mnie, otwarty dom, doskonale, cieszymy się na przyjazd, nieważne czy chłopaki, czy dziewuchy. Tylko nie rób imprezy, nic głośnego... Ale żebyście alkoholu nie pili, tylko troszeczkę jak już. Nie wiem czy wiesz, co ludzie mogą robić po alkoholu [no to akurat ja z autopsji znam]... Ale kto to? Ja znam? Wiesz, młody jesteś, nie znasz ludzi, więc trochę się boję, ale nie mam nic przeciwko. Dziadek się niepokoi tylko [dzięki sędzinie Wesołowskiej teraz każdy człowiek na ulicy to dla niego potencjalny morderca, złodziej, łajza]... Sześć lat znasz, no tak, ale i tak nie znasz ludzi, mamy z Dziadkiem trochę doświadczenia [rozkradną dom, rozdziobią...].
Ale puenta: nie miała nic przeciwko. Tylko w kulminacyjnym momencie – oglądamy filmy, dziesięć osób, temperatura na dworze minus dziesięć – zepsuł się piec, Dziadek zakręcił wodę, w pokojach nastąpiły stany arktyczne. Można powiedzieć: nieszczęśliwy wypadek. Ale może podświadomością spowodowany? Cel jednak został osiągnięty, i zaraz część osób się wykruszyła.