wtorek

O odzyskaniu

Wielkie sprawy, którym poświęciłem tyle energii, nie tylko nie miały już znaczenia. Tak naprawdę nigdy nie miały. Traciłem pewne grunty, podcinałem własne naiwności, stępiałem zmysły... Wykrzywiający się przez grawitację, z rysami na czole, policzkach – spojrzałem się na przeszłą wymianę myśli, piękne zdania, powierzchowne inspiracje. Konfrontacja i kryzys jako zjawisko twórcze – tylko już zapomniałem, co tak naprawdę miałem na myśli. I dlaczego tak bardzo.
Kiedy nabierałem powietrza, wnioski dokonywały się samoistnie. W rezultacie stanąłem w innym miejscu. W zależności od przypadku – jako figura skrajniejsza albo łagodniejsza. Konsekwentnie bliższa świadomości.
Jeżeli nazwać to rozczarowaniem, nigdy wcześniej nie przynosiło to takiego spokoju.

Czułem się niby wolny, niby szczęśliwy, lecz i wolność i szczęście zdawały się mieć kontury ostre. Kiedy zbyt długo brakowało elementu trwogi, trwożyłem się niemiłosiernie – było to jak odruch bezwarunkowy. Kiedy zbyt długo widziałem siebie jako zadowolonego, zdawało mi się że słyszę – tyk, tyk, tyk – tykającą bombę a im dłużej będzie tykać, tym wybuch będzie silniejszy. A przecież już brakowało znaczącego kata nade mną, żadna gilotyna nade mną nie wisiała, nikt jej nie ostrzył, nikt nie kazał podstawiać głowy. Dlaczego więc strzegłem się straceńczego cięcia?
Bez bólu czułem się nieswojo i już zacząłem krzyczeć – kryzysie! Nadejdź! Weź mnie w swoje niecne obroty! Zrewiduj nastawienie! Odbierz radość z życia! Nadaj brak sensu! Daj posmakować lepkiej krwi! Daj znać, że czekam tylko na to, co i tak nigdy nie nadejdzie!
Lecz teraz spostrzegłem, że to błędne koło. Znałem już ten moment i zdawałem sobie sprawę, że zamiast cieszyć się z tego, co mam – sam sprowadzałem na siebie nie mające racji bytu niebezpieczeństwo. Być może właśnie przeżywałem swoje najlepsze lata...

Słyszałem – pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały a ja leżałem w objęciach Najbardziej Ujmującego Mężczyzny Świata, absorbując pociągającą i przerażającą jednocześnie tymczasowość. Płytki oddech sugerował, że spał, więc i ja – zasypialiśmy w siebie wtuleni, wilgotni od potu, z mokrymi włosami, gładzący się jak ludzie potrzebujący tylko trochę zrozumienia i ciepła. Teraz
– ocieraliśmy się o to, czego nam brakowało? Kosztowaliśmy lichych okruchów z wielkiego, zastawionego stołu, którego nigdy nie mieliśmy dosięgnąć? Było tu ciepło, bezpiecznie, inaczej.
Zdawało mi się myśleć o sobie: człowiek racjonalny, jednak w obliczu zaistniałej sytuacji – traciłem rachubę, zdrowy osąd sytuacji, rzucałem się wewnętrznie w spazmach radości, czułem że świat znowu nabrał sensu, przynajmniej na chwilę nabrał sensu. Powtarzałem sobie – nie przywiązywać się, nie angażować, niczego nie zakładać – kiedy znowu czułem, że chcę się przywiązać, chcę się zaangażować, gdybałem... Lękałem się, że to nie jest rzeczywistość. Tylko jeżeli nie była to rzeczywistość, to czym ona właściwie miałaby być? Chciałem wierzyć w stałość, w wielkie idee – nawet jak wydawało mi się, że już nie potrafię. Bałem się bliskości. Bałem się samotności.
Może teraz, właśnie teraz, byłem przy tym stole?

Kiedy usłyszałem, że kojarzę się ze śmiercią – w gruncie rzeczy była to prawda, w istocie sumiennie sobie na taką opinię zapracowałem, byłem z niej szczególnie dumny, bowiem tylko śmierć stanowiła coś niewyobrażalnie pewnego, myślenie o niej budziło we mnie fascynację. Tak najwyraźniej objawiała się moja upiorna potrzeba tego, co stałe.

Nozdrza wypełnił zapach szarlotki.