czwartek

O tym, że przestałem walczyć z krzyżem

Janda tak się zbulwersowała sprawą księdza Bonieckiego, że postanowiła wystąpić z Kościoła. Z kolei ja tak się zbulwersowałem słowami księdza Bonieckiego, wyrwanymi pewnie z kontekstu, że tydzień temu zakomunikowałem: stwierdzam zwieńczenie! Brak więzi! Nawet światły Boniecki nie taki światły! Apostazja! Już! Teraz! Natychmiast! A przynajmniej do końca roku! Zdążyłem krótką wiadomością tekstową przypomnieć o sobie potencjalnym świadkom nadchodzącego niezwłocznie rozbratu z Kościołem, owa treść poszła dalej w świat a w myślach zacząłem tworzyć – z rozmarzeniem – oficjalne odwołanie od postanowień z kwietnia '90. Dość figurowania w statystykach jako katolik! Dość tej hipokryzji! Kimkolwiek jestem, ateistą, deistą, ignostykiem, cynikiem, nigdy nie traktowałem siebie jako wierzącego, nie pamiętam siebie nawet jako wątpiącego. Zbuntowanego – owszem, najczęściej wobec rodziców zaganiających do kościółka na górce, pod groźbą szlabanu na komputer. Płakałem, krzyczałem, raz się udało, raz się nie udało, nie raz uciekłem na godzinny spacer po osiedlu, by wrócić przed wieńczącym mszę Bogu niech będą dzięki. Nie pamiętam ograniczeń związanych z komputerem.
Dwa dni później K. poinformował telefonicznie:
– Krzyż! Nad drzwiami! Ha, ha! Mam!
W pierwszej chwili pomyślałem: to koniec, walka o krzyż także na moim podwórku, w mojej piaskownicy, ja nie pozwalam, non possumus, żadnego krzyża w moim otoczeniu, na moich oczach, po moim trupie – trup, niechby nawet i Jezusa Chrystusa, nie będzie wisiał nad drzwiami. Nie przy jedzeniu! Nie! Kiedy budzę się i otwieram oczy a oczy skierowane na... Nie! Kiedy wychodzę z łazienki, ubieram się, rozbieram, wiążę buty.
W drugiej chwili: to ja chcę atom! Na gwozdku! Obok! Koniec dominacji krzyża!
W trzeciej: a dlaczego nie ryba? Jak pierwotnie? Skojarzenie z wodą, woda kojarząca się z życiem? A nie męka, cierpienie, martwe ciało?
Nad drzwiami wejściowymi K. zawisł jednak crux ordinaria, brązowy, jakieś trzydzieści na dziesięć centymetrów, z naniesionymi na nim pozłacanymi zwłokami Jezusa Chrystusa. Chrystusa oczywiście nieproporcjonalnego, z patykowatymi rękami, z przebitymi dłońmi, stopami, już nie sercem. Sam krzyż – pamiątka z misji świętych, świadczy o tym również pozłacana tabliczka z napisem MISJA 2000. Także krzywy, biały tekst na rewersie.
Doprawdy, nie ma nic gorszego dla uprzedzonego antyklerykała niż pozłacany truposz na krzyżu – wspomnienie misji świętych!

Kolejna nowość w mieszkaniu K. miała przebić jednak i krzyż, i wszystko co dotychczas się na ulicy S. ostatnio pojawiło. Owe zwłoki okazały się niegroźną drobnostką... Wobec dwóch ozdobnych zegarów.
Tak, dwóch ozdobnych zegarów: jeden, mniejszy, w przedpokoju - niemal pod krzyżem. Drugi, większy, w dużym pokoju – przy komodzie z masywnymi kryształami. Oba wybijające głośnym bim bom upływający czas. O pół do pełnej – raz, o pełnej – aż do dwunastu.

Pierwszej nocy ze snu – bodaj całkiem przyjemnego – wybiło mnie bim bom z przedpokoju. Faza REM zakończona, przewróciłem się na drugi bok, już zasypiałem, kiedy cztery minuty później słyszę – już z dużego pokoju – drugie bim bom. Czas! Czas! Za 26 minut znowu usłyszę kolejne bim bom, może razy trzy, może razy cztery. Ja tak nie potrafię! Czy zdążę zasnąć przez te 26 minut tak głęboko, że nie usłyszę bim bom? Wiercę się z nerwów, gorąco, przekręcam się z jednego boku na drugi, żadna poduszka i żadna pozycja nie wydają się być godne ponownego zaśnięcia a już na pewno nie takiego zaśnięcia, które nie przerwałoby dobiegającego z korytarza bim... Poszedłem do łazienki, wróciłem, znowu w łóżku, spojrzałem na telefon – 4:55. Minutę później: bim bom, bim bom, bim bom, bim bom, bim bom, prosto z przedpokoju, cztery minuty później – znowu, wyższe, dłuższe, zza komody z kryształami. Znowu 26 minut niepewności! Nie potrafię tak żyć! Nie pod taką presją! Zasnąłem dopiero po szóstej. Przebudziłem się o dziewiątej.
Właściwie – 8:56.

Długo szukałem odpowiedniej książki dla K. Próbowałem znaleźć dla Niego coś, co sprawiłoby mu frajdę a jednocześnie nie kusiłoby do natychmiastowego wypożyczenia. Lepiej niech książka nie będzie o wierze, lepiej o czymś ciekawszym, niech podchwyci nowy temat, niech prezent sprytnie pokieruje ho na właściwe tory (ta ukryta przebiegłość!). Po dwudziestu minutach krążenia wokół tych samych półek w empiku, między poradnikami majsterkowicza a grubymi, drogimi albumami, miałem dość.
K. dostał na gwiazdkę – tak jak chciał – zbiór felietonów księdza Bonieckiego. Przegrałem. Krzyż wciąż wisi. Mimo że chwilowo zdjąłem, mimo że mnie obraża, mimo że mnie szokuje – grzecznie odwieszę. Jest przecież tak niegroźny...

Za to zegar z przedpokoju schowałem do kuchennej spiżarki. Siedzi sam, samiuteńki, po ciemku, na lodowatej podłodze, kisi się tam w ośmiu stopniach, między stertą gresowych płytek a kopytkami. Tam groźne bim bom nie jest już tak groźne.
W myślach konstruuję zbrodnię na drugim zegarze, większym, ściennym. Do zrealizowania przy kolejnym przyjeździe.
Myślę spokojniej o nadchodzącym śnie.

Felietony Bonieckiego czytałem trochę w pociągu, trochę na klozecie w trakcie i tuż po czynności defekacji – bo felietony w końcu wylądowały w łazience. Ksiądz jest inteligentny, ksiądz grzecznie opisuje rzeczywistość, stawia grzeczne oceny, nie próbuje się – jak grzecznie! - nikomu narażać. Lepiej palić fajkę? Lepiej.
Ale apostazja i tak niebawem.

wtorek

O fenomenie

Śledziłem losy kota Alika, Alik zgasł. Parę dni temu skończyłem biografię Villas, Violetta nie żyje. Oszczędzić Wałęsową?
Ale jak to?! Tyś, który siedział do dziwnych godzin na tym całym jutjubie, Tyś który psuł sobie wzrok przed ekranem, garbiąc się na kręconym krześle, znajdując co rusz co ciekawsze nagrania swojej ukochanej Wioletki? Tyś, który niespokojnie wiercił się przy Oczi czarnyje, fikał przy tym jak koza z Magdalenki? Tyś, który trzymał na półeczce dumnie jej płytę, tuż obok tych strasznych maryjek fatimskich, świętych obrazków, papieżów? Tyś, który zniknął tak nam ostatnio w miasteczku w bliżej nieokreślonych okolicznościach a potem wrócił, uprzednio doznając rzekomego oświecenia w galerii błogosławionej handlowej, z fioletową książeczką o Villas pod pachą? Tyś, który ją potem czytał, i czytał, i nam radośnie cytował? Nie płakał? Tyś nie płakał?

- Piotrze, patrz, na tefałenie podali, że Twoja Violetta nie żyje.
- Co? Jak to?
- Dziś, tefałen podaje, dwudziesta pierwsza, znaleziona, martwa.
- Że godzinę temu? To jeszcze ciepła...

Poczułem ulgę.
Pewnie trochę taką, jak się odczuwa po śmierci schorowanej babci. Babci miesiącami, latami podtrzymywanej przy życiu, kiedy zejście jej ostateczne nieuchronnie nadchodzi, jak zwykle na swoich malutkich szpetnych nóżkach. Tylko, że jakoś przyjść nie może. A w babci coraz mniej babci, właściwie babci już nie ma, duch babci się ulotnił. Violetta Villas gasła, Violetta traciła powolny kontakt z rzeczywistością. To Villas wycieńczona, to Villas szczurem gryziona, to Villas z psychiatryka, to Villas bezzębiem strasząca, to Villas skłócona, to Villas bez włosów a to Villas w pełnej dewocyjnej krasie, tak, tak, tak! Widzimy ją coraz bardziej schorowaną, słyszymy coraz jej to bardziej blednący głos, właściwie resztki głosu sprzed lat, załóżmy, dwudziestu czy trzydziestu. Bardzo smutne, coraz mniej tragikomiczne przedstawienie starszej pani dobiegło końca. A nawet jeżeli nie - to już bez udziału jej samej. A myślę, powtarzam raczej że nic bardziej nie niszczyło legendy jej, tej z lat 60. i 70., bardziej niż ona sama. Występy, wywiady w ostatnich latach - naprawdę przykro się i słuchało, i oglądało. Ku przestrodze. I to jakby na własne życzenie, z czystej nieświadomości. Jakby nie było - pewnie nie było - kogoś z boku, kto powiedziałby że ze sceny trzeba zejść, kiedy jest na to pora. Czyli dawno temu.
Ja raczej zająłem się jej niebywałym fenomenem, fenomenem kreowanym niejednokrotnie przez nią samą. Wielkiej gwiazdy, divy z lisim futrem, która miała u stóp światową karierę, wręcz ją rzekomo zdobyła, lecz na skutek wielu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności... Czyli wyszło jak zawsze.

Nie boję się śmierci. W końcu to nie jest koniec. Śmierć jest dopiero prawdziwym początkiem. Wiele razy cierpiałam, bo wbrew temu, co mówią ludzie, moje życie nie zawsze było usłane różami. Ale wiem, że Bóg mnie w ten sposób sprawdzał i hartował. Dzięki temu zbliżyłam się do Niego i pogłębiłam swoją wiarę. Dlatego bez względu na to, co dla mnie szykuje, przyjmę to z pokorą.

Szczęśliwi, którzy uwierzyli.