czwartek

O osiedlu (II)

W., czy ty mieszkasz jeszcze w I strefie? – to częste pytanie ludzi, którzy próbują dostać się do mnie, niekoniecznie nawet po raz pierwszy. Pytanie jest nawet uzasadnione, kiedy zerknie się chociażby na inne europejskie stolice. Berlin ma trzy strefy biletowe, Paryż – sześć, w Londynie komunikacja miejska opiera się nawet na dziewięć zones. W metropolii trzy razy większej niż Warszawa niewielu pewnie dziwi się, że będąc w granicach tego samego miasta należy czuwać, czy jadąc linią metra – na przykład 74-kilometrową Central Line – nie wyjechało się już poza Notting Hill Gate, gdzie rozpoczyna się strefa druga. Na samej linii centralnej stref biletowych jest zresztą sześć, przy czym szósta znajduje się w Epping, już poza samym Londynem.
„Jestem prawdziwym Warszawiakiem i mogę to udowodnić” – mniej więcej tej treści wiadomość dostała M., kiedy wychodziłem rano z urzędu dzielnicy, zaopatrzony w warszawski hologram na rewersie legitymacji studenckiej (drobne napisy: KARTA MŁODEGO WARSZAWIAKA – PŁACĘ PODATKI W WARSZAWIE – ZAKOCHAJ SIĘ W WARSZAWIE). „Tylko kto ci uwierzy” – dostałem w odpowiedzi.

Po lewej stronie Wisły właściwie nic ciekawego się nie dzieje, a zwiedzanie Pragi czy Saskiej Kępy – w przewodnikach turystycznych Warszawa kończy się zwykle na Pradze i Saskiej Kępie, do niektórych książek dopisano pewnie: i dalej nie zachodź, jeżeli Bóg ci miły – należy do jakiegoś krajoznawczego ekstremum. Tym bardziej, że Praga w sporej części od kilku lat jest i tak wielkim placem budowy. Po prawdzie, ludzie mieszkający po lewej stronie Wisły właściwie i tak nie mają po co jechać na drugi brzeg i M. jeszcze kilka lat temu była zdziwiona, że tuż za Mostem Łazienkowskim nie ma puszczy, której nie strzegłaby horda wilków. Podróże jednak kształcą, choćby i za Trasę Łazienkowską – okazało się, że parę przystanków od Saskiej jest spora galeria handlowa, jest ładny Park Skaryszewski. Później na horyzoncie ni stąd, nie zowąd wyrósł nawet Stadion Narodowy i odtworzono – na wzór lat międzywojennych aż do późnego Gierka, z przerwą na wojnę – parę plaż. Oczywiście, z widokiem na Powiśle i Śródmieście, co by potencjalny plażowicz mógł się czuć bezpiecznie.

Nie przyjadę, przepraszam, W., dlaczego mieszkasz w Starej Miłośnie, przepraszam W., utknęłam w korku i chyba jednak zawrócę, przepraszam W., czy czujesz ten orkan, ten huragan, tą śnieżycę i gradobicie za oknem, czy macie jeszcze w ogóle prąd, może da radę przenocować? Da radę, piszesz, ale tak daleko, to tak daleko.
Kiedy już się do mnie dojeżdża – a dzieje się to najczęściej w piątek wieczór, kiedy stoi Trasa Łazienkowska, kiedy brzęcząca nerwowo słoikami droga wylotowa na Lublin i Siedlce stoi w kilometrowych korkach – ludzie nie mogą się nadziwić, w jaki sposób jeszcze się w Starej Miłośnie uchowałem, może myślą w jaki sposób mieszkanie w północnej części tego osiedla miało na mnie wpływ, w jaki sposób codzienne przedzieranie się przez pola, chaszcze, dziką zwierzynę aż do wielkiej, chciwej i zachłannej Warszawy mnie ukształtowało. I słyszę zdziwienie, kiedy mówię – przecież nie jest tak źle, to tylko lekko ponad pół godziny do stacji metra, mogę coś przeczytać, coś przesłuchać, w nocnym... Jak to dobrze, że w ogóle mam nocny, niewiele osób ma przywilej autobusu nocnego, ich życie dopiero musi być udręką – albo trzeba się uśmiechnąć do znajomego kierowcy, albo zamówić drogą taksówkę, albo jechać ostatnim pociągiem gdzieś o 22, może tuż przed świtem – jak tam dopiero żyć, po prostu, jak żyć?
Kiedy ludzie już dojeżdżają do mnie – są zaskoczeni, że Warszawa może też tak wyglądać, że może być tak cicho, że przyjazd tutaj to jak przyjazd do babci na wieś. Nonsopedia: „środek osiedla przecina wonna, krystalicznie czysta rzeka, będąca schronieniem dla osiedlowych śmieci, nazywana Kanałkiem Wawerskim. (...) Będąc w Miłosnej nie zdziw się, jeśli przemaszerują obok ciebie kaczki, które opuściły kanałek wraz ze swoim potomstwem czy idąc w czasie deszczu utopisz się, bo postanowisz przejść przez kałużę, która sprytnie zamaskowała kilkumetrową dziurę w jezdni. Ze Starej Miłosnej wszędzie jest blisko, do dzielnicowego ratusza trzeba się tułać autobusem, do ronda Wiatraczna jeszcze dalej tułać się autobusem, a do centrum mieszkańcy tułają się niczym Odys przez 10 lat po morzach i oceanach. (…) Podróżni trafiają do Starej Miłosnej, kierując się wielką, złotą literą M górującą nad krajobrazem”.
Jeszcze w świadomości tutejszych mieszkańców przyjęło się, że jadąc dalej niż za górkę, mówi się – jedziesz do Warszawy? – jakby nikt jeszcze nie zauważył, że w Warszawie jesteśmy od ponad dekady. Ot, realia dzielnicy, w której jeszcze w połowie lat 80. przy jednej z głównych ulic wyrosła tablica z napisem o treści mniej więcej: TU POWSTANIE OSIEDLE 50-LECIA PRL-U – i nikt z autochtonów nie spodziewał się pewnie, że dwie dekady później będzie tu coś więcej niż drewniany kościółek, parę chałup, liche drogi z betonowej płyty, sklep przypominający pewnie ten z serialu Złotopolscy (prowadzony pewnie przez kobietę na wzór i podobieństwo pani Kleczkowskiej) i stacja CPN, zresztą zachodniego AGIP-u. To tam, w 1976 roku za towarzysza Gierka, miano niby przypadkiem – pewnie jasną, długą, prostą i szeroką jak morze 2-letnią wówczas Trasą Łazienkowską – zawieźć członków zespołu Abba, by mogli zobaczyć, że Polska niczym właściwie od zachodu się nie różni.
Zaraz zresztą mi się przypomina, że i ja nie jestem gorszy. Kiedy nowych tramwajów PESA było ledwie kilka i jeździły tylko na „dziewiątce”, znajomych zabierałem niepostrzeżenie trochę okrężną drogą, żeby mogli zobaczyć, jak bardzo światowo jeździ się już w Warszawie, w domyśle – tak jest już wszędzie, tylko ten stary, brudny tramwaj z lat 60. tak się jakoś nieśmiało zaplątał, pewnie z jakiegoś muzeum przypadkiem wyjechał. Kiedy otwierali ostatni, bielański odcinek metra – na Młocinach przemawiała prezydent Gronkiewicz-Waltz, później grali „Upiora w operze” – rzeczą naturalną wydawało mi pojechać właśnie tam, bo najbliższe metro przecież w Mińsku... Jak zwiedzać Warszawę, to nie starówkę, pałace albo replikę Zamku Królewskiego. Ma być światowo, zachodnio, nowocześnie, więc punktem obowiązkowym była raczej biblioteka Uniwersytetu, muzeum Powstania Warszawskiego albo Chopina, wieżowce i Centrum Nauki Kopernik niż jakiś prowincjonalny, wilanowski pałac Sobieskiego w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem.

A. uciekła ze Starej Miłosny do Wawra, wpierw zachwycona tym, że jedzie 15 minut do domu krócej niż ja (można w tym czasie umyć ręce, zaparzyć herbatę, zjeść kanapeczkę), jednak już teraz intensywnie poszukuje pokoju jeszcze bliżej nęcącego Śródmieścia.
Kto raz zakosztował powrotu do domu w krócej niż dwadzieścia minut, ten niechętnie wraca do codziennego czytania kilkudziesięciu stron książki w komunikacji miejskiej, do polowania na siedzenia z dala od tych, do których mogłaby podejść wzbudzająca wyrzuty sumienia starsza kobieta. Kto od dawna nie czekał na autobus dłużej niż 10 minut, ten nie może zrozumieć, jak kiedyś mógł wytrzymywać jeszcze dłużej, i to czasem przy kilkunastostopniowym mrozie. Kto już nie musi sobie organizować wieczorowych planów pod kątem odjeżdżającego co godzinę autobusu nocnego spod Dworca Centralnego – chyba, że nigdzie nie bywa, nie lubi wypić i nie ma nawet prawa jazdy, o samochodzie i pieniądzach na benzynę nie wspominając – ten nieprzymuszony do swojej wioski, choćby i w I strefie, nie wróci.

wtorek

O rozmyciu (I)

Nie ma i mogę powiedzieć to chyba z całym przekonaniem – nie ma już miejsca, które nazywaliśmy kiedyś rondem Wiatraczna. Nikt też już pewnie nie dowierza, że kiedykolwiek mogły stać tutaj – jak sama nazwa wskazuje – wiatraki, że między torami a brukowaną drogą pasły się krowy, że warszawiacy przyjeżdżali zrobić zapas ziemniaków, buraków, cukru. Dziś oglądając się na okolicę z czternastego piętra widzę panoramę wieżowców po drugiej stronie Wisły, coraz wyższe bloki, galerie handlowe. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy przedłużona Aleja Stanów zniknęła w tunelu, kiedy pojawiły się ścieżki rowerowe a po obu stronach ronda wyrosły wejścia do stacji metra.

Rozmywa się historia, rozmywają się wspomnienia, tu było, tu stało... Kto cztery dekady temu wyjechał z Grochowa i wrócił na stare śmieci, mógłby się poczuć jak w dziwnym, futurystycznym śnie – pewne elementy przypominają znane nam miejsce, reszta jest przekonstruowana, w osobliwy sposób przetworzona. Kto doszukuje się logiki w snach, w pewnym momencie natrafia na ścianę. Z porównaniem tego, jak Wiatraczna wyglądała kiedyś i jak prezentuje się dzisiaj, jest podobnie. Jeżeli ktoś dostrzega tu jakąkolwiek logikę, przypomina ona raczej logikę urojenia, właściwie brak logiki.
A przecież wciąż jesteśmy na Wiatracznej. Ma nas przekonać o tym niedawno odnowiony neon świecący jasnym, niebieskim światłem, z napisem „UNIWERSAM GROCHÓW”. Przy wejściu na klatkę schodową rozciąga się placyk, na którym – jak i kiedyś – na niewielkim cokole stoi rzeźba, przez starych mieszkańców zwana „Panienką”. Pętla tramwajowa – właściwie skwerek pocięty rozjazdami tramwajowymi, chodnikami, wraz pawilon dyspozytury – stoi jak przed laty. Tory dalej prowadzą Grochowską – z jednej strony na Gocławek, z drugiej na Wileniak, albo aleją Waszyngtona na Poniatowszczak. Wielu i starszych ode mnie grochowian mogłoby powiedzieć zresztą, że tramwaje tutaj były od zawsze. Jeszcze przed II wojną światową dociągnięto przez pustawe pola linię na Gocławek, choć ta dublowała się z popularną koleją jabłonowską. W 1942 otwarto bezpośrednią odnogę w kierunku Mostu Poniatowskiego, dzięki czemu mieszkańcy mogli pewnie znacznie szybciej niż wcześniej – i to jeszcze za Niemca – dojechać „24” chociażby do większego niż po powojennej odbudowie kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Dziś ta sama „24” znów stoi w oczekiwaniu na pasażerów, jedzie tylko pewnie i dalej, i szybciej, i pewnie jeszcze ciszej, mimo że warszawskie tramwaje są już chyba u kresu wytrzymałości. Ktoś znów mógłby krzyknąć: a za granicą, w mitycznym za granicą, można byłoby pojechać taką „24” jeszcze dalej, i jeszcze szybciej, i wręcz bezszelestnie. Może i pod tym względem niewiele się tutaj zmieniło.
Nie ma, może na całe szczęście, Pragi-Południe. Kiedy istniał Uniwersam, poza niebieskim neonem, był jeszcze mniej okazały, czerwony, z napisem PRAGA POŁUDNIE. Traf chciał, że w pewnym momencie przestało się podświetlać pięć liter: POŁUD. Działanie specjalne? Chichot dziejów? Praga była gdzie indziej, Praga zaczynała się dokładnie tam, gdzie dziś biegnie stary wiadukt kolejowy, jakieś trzy kilometry stąd. Kiedy w ostatnich latach rosyjskiego panowania Grochów włączano do Warszawy, tam było prowincjonalne miasto – tutaj wieś, stare chałupy, przewaga drewnianej zabudowy, walka o dominację sołtysa nad proboszczem. Już w latach 20. urzędnicy nazwali nowy skrawek rozbudowującej się stolicy ni stąd, ni zowąd Pragą-Południe, mimo że Grochów znajdował się właściwie bardziej na wschód niż południe od właściwej Pragi. Po wojnie komuniści tak już nazwę zostawili i w ten sposób sztuczny językowo twór utrzymano przez kolejne dekady. Po dziejowych perturbacjach, po okresie dłuższym chyba niż Polska pod zaborami, znów mogliśmy nazwać siebie dumnie mieszkańcami Grochowa.

Nie ma pól, nie ma łąk, nikt nie pamięta już, kiedy nie stało tutaj nic istotnego a czas wielu mieszkańców odmierzały, jak w zegarku, odjazdy i przyjazdy pociągów wąskotorowej kolejki. Kiedy Piłsudski jeździł Traktem Brzeskim do Sulejówka, rozważał swój przewrót, pradziadek miał pracować niedaleko, w staromiłośniańskiej cegielni. Jak wyglądała jego droga do pracy, można sobie tylko wyobrazić dzięki nielicznym zdjęciom: wagon, czasem doczepiony drugi, drewniane siedzenia, może z 30 osób, 7:30 stacja Grochów, 7:49 Wawer, tam już przesiadka do tramwaju ciągniętego przez konie, przejazd polami Kaczego Dołu, dziś Międzylesia, w końcu dwadzieścia przed dziewiątą Stara Miłosna. Tam już tylko – czy poniedziałek, czy sobota, czy 30 stopni upału, czy 30 stopni mrozu – dojść do zakładu, przebrać się, pracować. Wieczorem znów: 18:45, odjazd tramwaju ciągniętego przez konie, Kaczy Dół, przesiadka w Wawrze, czym prędzej na Grochów, ktoś rzekłby – ot, codzienna rutyna szarego człowieka, dobrze że chociaż robota była, że można było jakoś utrzymać powiększającą się rodzinę.
Zastanawiam się, skąd te godziny, skąd te przystanki tak we mnie tkwią. Pradziadek zbierał różne bilety, rozkłady, książeczki, rachunki, zdjęcia, wszystko aż do śmierci wrzucał do drewnianego pudła. Ktoś pewnie musiał łapać się za głowę – Olku, po co ci te śmieci, Alku, po co ci ta cała makulatura. Kiedy mrużę oczy, widzę jego dom i stryszek, do którego zakradałem się w dzieciństwie. Wkroczyć w tę iluzję to jak znaleźć się tam po latach, nasycać niezaspokojoną ciekawość kilkulatka, wchodzić znów po stromych, drewnianych schodach i wyczuwać zapach gorącego, niewywietrzonego pomieszczenia, starości. Spaceruję tak pośród palt, płaszczy, kożuchów, badam wzrokiem pożółkłe książki, pocztówki dźwiękowe, popsuty adapter, ilustrowane czasopisma, drewniane skrzynie. Kurz unosi się w powietrzu, leniwie przedziera się przez słoneczne promienie wydobywające się z niewielkich, przybrudzonych okien a ja znajduję w końcu skrzynię z pradziadkowymi skarbami, skrzynię chyba najbardziej niepozorną, tak jak wszystkie zgromadzone w niej papiery. Badam to wszystko z jakąś śmieszną zawziętością, odkrywam tajemniczy dla mnie świat po omacku, jak przez dziurkę od klucza.
Tylko prababci niemal nie pamiętam. Rodzice mówili: powitaj babcię, pożegnaj babcię, pocałuj babcię. A ja się brzydziłem – dziś wiem, że babcia pachniała po prostu jak wszyscy starzy ludzie. Pożegnaj babcię, pocałuj, żółtawa twarz, zapadnięte usta, zimne ciało, pocałuj. Nie wiem czy prababcia zostawiła coś po sobie, poza moją niechęcią do czuwania nad ciałem zmarłego.

Nie ma śladu po starej piekarni, po Europejskiej. Budynek z czerwonej cegły wraz z kominem postawiono jeszcze przed I wojną światową, dołączono do lichej kamieniczki przy ulicy. Pewnie moi dziadkowie, może rodzice wychodzili jeszcze rano po chleb, do piekarni spolszczonego Niemca, Teodora Rajcherta. Jego Europejska miała prosperować w sposób nadzwyczajnie dochodowy przez dwadzieścia lat, cała międzywojenna Warszawa zachwycała się jego wypiekami. Kiedy pod koniec 1939 przybyli prawdziwi Niemcy, wraz z sobą zmieniając nazwę Grochowskiej na złowrogo brzmiące Ostenstrasse, którą później jeszcze poszerzyli – w brukowanej drodze mieli widzieć trasę wylotową nach Osten, na wschód, nach Moskau. W końcu zainteresowali się i słynnym piekarzem Rajchertem, wpierw zachęcając, później grożąc srogimi konsekwencjami w razie niepodpisania volkslisty, chociażby w postaci odebrania mu piekarni. Rajchert stał twardo przy swoim, co rusz odmawiając jakiejkolwiek współpracy z najeźdźcą. Przez całą okupację pomagał Polakom jak mógł, bryczkami rozwoził chleb do PCK, w razie potrzeby udostępniał mieszkańcom piece. I Rajchert może zostałby w końcu zesłany gdzieś do III Rzeszy, może do obozu koncentracyjnego, albo zginąłby niechybnie w Powstaniu Warszawskim, jak 200 tysięcy innych mieszkańców. Traf chciał, że wcześniej, w lipcu 1944, spadła na niego w Międzylesiu radziecka bomba. Kiedy przyszła komuna, spadkobiercy nigdy nie odzyskali własności przodka.
Zresztą nie pamiętam, żeby w tym budynku z czerwonej cegły kiedykolwiek znajdowała się piekarnia. Był za to monopolowy – nomen omen, Europejski 24/7 – i momenty, kiedy w nocy kończył się alkohol, kiedy trzeba było skoczyć po kolejną butelkę płynnej substancji. Dla nas, młodych, alkoholu było chyba zresztą zawsze za mało. A może celowo kupowaliśmy za mało alkoholu? Może my po prostu musieliśmy odprawić ten pokątny rytuał wyjścia do monopolowego, odnaleźć portfele, zejść sześć pięter w dół – winda działała, raz nie działała – przejść wzdłuż bud z azjatyckim jedzeniem, lombardów, kantorów. Jeszcze pół litra poprosimy, później jeszcze pół, rano już tylko – jak w starej piosence – Grochów się budzi z przepicia i im starsi byliśmy, tym bardziej zdychaliśmy. Teodor Rajchert, ten dobry Polak, choć Niemiec, przekręcałby się pewnie w grobie, widząc nas w tym stanie. A może i on, jak na Polaka nawet i spolszczonego przystało, jak na mieszkańca Grochowa, za kołnierz pewnie by nie przelewał. Szczególnie gdyby zobaczył jak jego Europejska, piekarnia-niepiekarnia, runęła w gruzach, w zgliszczach, pierwszy budynek zburzono wraz z budową trasy szybkiego ruchu, resztę przy okazji kopania tunelów metra. O przeszłości tego miejsca mają świadczyć przedwojenne fotografie przy wejściu do stacji – tylko ludzie nie zwracają już raczej na nie uwagi, biegnąc na odjeżdżające co trzy minuty pociągi. (...)

Nie ma Uniwersamu, pierwszej rzekomo zachodniej, jednak prl-owskiej galerii handlowej. Może i dobrze, że nie ma już Uniwersamu, że całe jego otoczenie zutylizowano, zdezynfekowano, wymyto, wywietrzono i pokryto nieznośnym zapachem odświeżacza do powietrza. Kiedy rozbierali go pod budowę dwóch wież, czterdziestoletni wówczas lokal niszczał, rdzewiały blachy i nawet najwytrwalsi obrońcy architektury późnego modernizmu kręcili nosem na widok trzykondygnacyjnego budynku, który ani krzty urody Supersamu na placu Unii Lubelskiej, ani nawet Sezamu przy Marszałkowskiej, nie miał – choć wydawało się, że w całym Śródmieściu nie było nic bardziej paskudnego niż Sezam przy Marszałkowskiej.

Nie ma więc Poli-foto, Prednormu, Wermetu, restauracji Austoria z dansingiem i cocktail-barem. Zlikwidowano sklep Spoołem, gdzie chyba do samego końca układano piramidy z puszek brzoskwiń, mandarynek czy ananasów – jakby tylko tak w tak upiorny sposób można było wyrazić tęsknotę klientów supersamu za podróżami do Egiptu. Nie zobaczę już zdobywanych w Uniwersamie różanych olejków z Bułgarii czy mdłych, wietnamskich soków ananasowych. Nie założę też, całe szczęście, dżinsów Odra. Nie ma krawca, nie ma kuśnierza, nie ma zegarmistrza (szyld: GERWAZY PECIAK – NAPRAWA ZEGARÓW, BUDZIKÓW, KUKUŁEK), ostatni uchował się jeszcze do niedawna na placu Szembeka, ale i tam lokal niszczał, właściciel zmarł i żaden z jego synów nie chciał przejąć fachu swojego ojca. Jeden mi kiedyś mówił – bo i po co, skoro zegarek naprawić można dziś w jakimś punkcie galerii handlowej, budzików już się chyba nie produkuje a naprawienie kukułki stanowi wyłącznie chyba o jakiejś egzotycznej, pewnie perwersyjnej fanaberii.
Może tylko bazaru szkoda, miejsca tak skrajnie pociągającego i odrzucającego jednocześnie. Z jednej strony chyba tylko już tam można było zażyć w pełnej krasie folkloru starego Grochowa, usłyszeć rozmów ludzi mówiących gwarą. Z drugiej strony kręciło się tam pełno ledwie mówiących po polsku Romów, Ormian handlujących czy to zasłonami, czy wielkimi złotymi zegarkami, wihajstrami, których w pewnym momencie nikt już chyba chciał kupować. Później, poza straganami, postawiano jeszcze obskurne budy z pieczywem, mięsem, pierogami, pyzami, ciastami. Tutaj pracowali drobni rzemieślnicy i tutaj kupowano wszystko po 3 złote. I tylko na bazarze taki mieszczuch niewyjeżdżający przesadnie z Warszawy, mógł zaopatrzyć się w znacznie świeższe niż w Społem warzywa i owoce. Kiedy potrzebowałem kupić w czerwcu kilogram truskawek albo czereśni, sprzedawczyni dawała do spróbowania czy jej owoce są wystarczająco dobre, przy okazji zagajając o starej biedzie. W październiku chodziło się między zabrudzonymi alejkami w poszukiwaniu najsmakowitszej dyni a już dwa miesiące później kupowało się najlepsze owoce do kompotu z suszu. I nawet kiedy przestałem obchodzić Boże Narodzenie, kilka dni przed wigilią szedłem na bazar, przedzierałem się przez sterty choinek, stragany ze świątecznymi ozdobami, kupowałem kilo suszu i w ten sposób choć jednej – w tej wypadku suszonej – tradycji stawało się zadość.

Nie ma już salonu kosmetyczno-fryzjerskiego na I piętrze Uniwersamu. W epoce Gierka salonu eksclusive, tudzież kategorii S – jak S to prestiż i wysoki standard, cokolwiek pod koniec komuny to oznaczało. Po transformacji ustrojowej przybytek prl-owskiego luksusu już tylko niszczał, jak cała ta okolica. Po naciśnięciu aluminiowej klamki, zrzucałem płaszcz i wchodziłem po prawo, do salonu męskiego. Dzień dobry, pani Krysiu, dzień dobry, pani Jadziu – pani Jadzia zwykle, o ile nie strzygła kogoś innego, popijała kawkę ze szklanki z koszyczkiem, z dużą ilością mleka i garścią fusów. Odpowiadała – dzień dobry, panie Piotrze, skończę tylko moje, ha, ha, latte podkarpatte, zaczynamy. W salonie stał stary telewizor, pewnie jeszcze z lat 90., wiecznie puszczający teleturniej, telenowelę albo inny serial obyczajowy. Na parapecie położono w plastikowych wazonach sztuczne kwiaty, na stoliku pokrytym wyblakłą ceratą stał telefon Bratek, czas odmierzał wiecznie źle nastawiony zegar Slava made in USSR. Na zapleczu pani Jadzia chowała pewnie ukradkiem zapas płynu lugola, bo nigdy nic nie wiadomo, nigdy nic nie wiadomo... Budowali nowe blokowiska, nowe sklepy, banki, szare mrówkowce odmalowywali na coraz bardziej fantazyjne, pastelowe kolory. Nawet jeżeli pani Jadzia z zastępem innych fryzjerek były w coraz to nowocześniejszych, coraz to krótszych fryzurach, nakładały na swoje wiotczejące ciała coraz bardziej kolorowe ubrania z pobliskiego second-handu (szyld: PONIEDZIAŁEK – NOWY TOWAR – ZAKOCHAJ SIĘ W TYM SKLEPIE, BĘDZIESZ MIAŁA LEPIEJ, obok drugi: ZAJRZYJ – TU MIESZKA INSPIRACJA), nikt by nie odgadł że za oknem już III, może nawet IV Rzeczpospolita. Może zresztą i lepiej – to tutaj można było się zatrzymać, poczuć, że w świecie jak to nazwali, płynnej nowoczesności, jest jeszcze coś stałego. Jeszcze Polska nie zginęła, Polska ludowa, Polska exclusive siermiężna, póki pani Jadzia cię strzyże.
I jeszcze słyszę te jadziowe utyskiwania, mówili będzie lepiej młodzi będą mieć w końcu pracę nic z tego ci co byli biedni dalej biedni jak myszy kościelne biedni ci co byli bogaci zbiednieli wyraźnie zbiednieli rozkradną nas rozdziobią – panie pochyl głowę lekko – wnuczka już rok pracy szuka wciąż nie może znaleźć za darmo przecież pracować nie pójdzie my kiedyś to chociaż chcieli wychodzić na ulicę protestowaliśmy dziś już młodzież nic z tego leniwi – czy jeszcze krócej z tyłu – pomysłu na siebie mają wielkie oczekiwania pokory zero ledwo co im starcza na życie i to jak rodzice z dziadkami się dołożą mielonki jeść dadzą ale my przecież też tak zaczynali przecież też się na początku gnieździłam ze świętym pamięci mężem nieboszczkiem – może żelu tak trochie nałożę – razem z rodzicami wtedy siedziało się jeszcze z mamusią tatusiem w drugim pokoju prywatności nie było dziś to samo tylko żenić się nikt nie chce – teraz tylko wysuszyć – i może to i lepiej zresztą mniej nieszczęśliwych związków mniej dramatów.
I ciągle miało być, że Kiedyś było inaczej, Kiedyś było lepiej, jakby Kiedyś było jakąś magiczną krainą, pełną kiedysiowego dobrobytu i kiedysiowego szczęścia, Kiedyś – państwem godnej pracy, Kiedyś – opiekunem, aniołem stróżem. Nigdy nie rozumiałem tych jęków, może sprawność fizyczna co najwyżej już nie ta, może libido nie to samo, ale w życiu nie chciałem przeżywać zeszłych lat ponownie.
Panie Piotrze może teraz tu wycieniujemy tu przytniemy może uda się zakryć te zakola panie Pietrku dawno pana tu nie było nie wygląda pan najlepiej jak panu siwych włosów przybyło pewnie zmartwień jak ja pan ma co niemiara. Rozstawałem się wtedy z kimś, kogo wydało mi się – kochałem kilkanaście lat, nagle wszystko gdzieś się ulotniło, musiałem się wydostać, nie wiem, chyba z samego siebie się wydostać, wszystko przewartościować, coś mnie tchnęło, poczułem że potrzebuję się oczyścić, już miałem nawet sam się obciąć przed lustrem. Czy chciałem zostać mnichem buddyjskim? Świętym Franciszkiem? Rozdać wszystko ubogim? Wyjechać byle dalej od tego przygnębiającego miejsca? Doczołgałem się do pani Jadzi – ta zdziwiona, zdziwiona nad musztardówką z torebką herbaty express, co się dzieje zawsze nosił pan dłuższe włosy jak to na zapałkie? Wydawało mi się, że takim cięciem rozwiążę wszystkie swoje problemy, nabiorę dystansu, rzeczywistość wyklaruje się na nowo. Później przez rok chodziłem w kapeluszu, czekając aż włosy same odrosną, zresztą coraz bardziej cienkie i siwe.
I jeszcze parę lat później siedziałem, jak się miało okazać, po raz ostatni siedziałem, na piętrze Uniwersamu. Jadzia opowiadała historię swojego życia, za każdym niemal tę samą, cięła włosy, ucieszona że ktoś tu jeszcze przychodzi. Może początek lat dwudziestych był, lipiec, skwar nie do wytrzymania, wiatrak na skraju wytrzymałości, jak Jadzia nagle zemdlała, z nożyczkami w dłoni zemdlała, niemal głowę rozbiła, nożyczki wylądowały pod stolikiem z ceratą i telefonem Bratek, wezwaliśmy pogotowie, diagnoza: udar mózgu. Jadzia już nie wróciła do pracy, właściciel salonu był nieugięty, zresztą Uniwersam przecież i tak mieli zaraz rozebrać.
Później zapomniałem chyba już w ogóle, żeby przycinać włosy, zapuściłem je jakoś niepostrzeżenie, że musiałem przypominać chyba jakiegoś starego hippisa. W końcu przemogłem się, wstąpiłem do jednego z nieznanych mi wcześniej sterylnych salonów, bez kurzu, bez telewizora, bez sztucznych kwiatów, z cichą, spokojną muzyką. Ciął mnie mężczyzna zadbany bardziej niż wszystkie Krystyny, Jadzie, Ireny i Grażyny razem wzięte, rozmowy brak, bo i po co. Trzydzieści euro się należy.

Nie mam już zresztą potrzeby intensywnie wychodzić. Kiedy muszę już koniecznie wpaść dalej, choćby do tych znajomych, z którymi jeszcze jako taki kontakt utrzymuję – biorę taksówkę, na Mokotów proszę, na Wolę proszę, i już prawdę powiedziawszy nie poznaję tego miasta. Jadąc Jerozolimskimi, Pałac Kultury widać już tylko przez chwilę, otoczony jeszcze wyższymi budynkami, coraz bardziej wymyślnymi. Dworzec schowano w podziemiach, w drugi, inny świat a z całej bryły Arseniusza Romanowicza zostały już chyba tylko malowane, aluminiowe figurki w sklepach z pamiątkami. Wydaje się czasem, że tam gdzie kiedyś stał pusty Plac Defilad, dziś z zabudowanymi, częściowo przywróconymi ulicami Chmielną, Złota czy Śliską, tam najbardziej doskwiera mi poczucie niedostosowania się do współczesnego świata, do gry pozorów, do postępującej homogenizacji. Przecież dziś w autobusach, pociągach obowiązuje już bezwzględna cisza, odezwać się do kogoś to faux pas, spojrzeć się na siebie – czuć wrogość, choć i wrogość już jakoś ciężko dziś wyartykułować. Wszyscy zagłębieni w lekturze, ze słuchawkami na uszach, albo przed własnymi ekranami sprytnie zamontowanymi w okularach. (...)