Rzeczywiste
olśnienie socjologiczne miało nadejść, kiedy w jednym z
popularnonaukowych magazynów przeczytałem: „Gerald Mollenhorst
nie bez zdumienia odkrył, że co siedem lat wymieniamy co najmniej
połowę znajomych”. Przeczytałem raz jeszcze – oto Mollenhorst
„nie bez zdumienia odkrył” – i pomyślałem wtedy, ileż badań
trzeba było wymyślić, ileż ankiet musiano wypełnić, ileż
wywiadów pogłębionych należało przeprowadzić, by niemiecki
socjolog mógł wprowadzić się w aż takie zdumienie. Czy aby
jednak na twarzy Mollenhorsta nie wymalowała się mina
przygnębienia, jako że w siedem lat straci, i to przy dobrych
wiatrach, przynajmniej połowę aktualnych znajomych? Że po
czternastu latach przynajmniej trzy czwarte? Że im dalej w las, tym
niewiele w jego życiu linii od zarania własnych dziejów –
ciągłych? I czy Mollenhorst zastanawiał się, jak można byłoby
kontynuować jego badania, jaką książkę można byłoby na ten
temat napisać? „Jak nie stracić aktualnych znajomych w siedem
lat” – o, to brzmi banalnie, to brzmi jak amerykański poradnik
poprawy komfortu życia. A może „jak stracić połowę znajomych w
szybciej niż siedem lat”? Że pesymistycznie? Że kto by czytał
taką tragikomedię? Dalej w artykule wspomniano o ogólnopolskiej
diagnozie społecznej, wedle której przez ostatnie dwie dekady
dwukrotnie wzrosło znaczenie posiadania przyjaciół i cały
paradoks polegać miał tylko na tym, że z całego tego „posiadania”
satysfakcji jakby mniej, że z czasem na pielęgnację relacji coraz
bardziej licho. Więc może: „jak (w płynnej rzeczywistości)
stracić o wiele więcej niż połowę znajomych w szybciej niż
siedem lat, by cieszyć się z tego, co zostało”? Może to rzecz
godna rozważenia, godna dogłębnej analizy, godna wykrzyczenia:
socjologio, nie przestawaj zdumiewać, trwaj!
Skończyć
szkołę, kurs, zmienić pracę – nic bardziej pewnego, jeżeli
chodzi o utratę najbardziej powierzchownych relacji i nic bardziej
nie dającego ulgi, jeżeli w jednym z tych miejsc niepokojąco
wzrasta w tobie ochota na dokonanie rozbratu z życiem ludzi
przebywających wokół ciebie.
Nie
jestem pewny czy kiedykolwiek chodziłem do klasy, którą można
byłoby nazwać „zgraną”. Kiedy
usłyszałem z czyichś ust – „nie zobaczymy się dziś
wieczorem, dzielę się opłatkiem z moją klasą, jeszcze z
gimnazjum klasą” – pomyślałem o takim spotkaniu z pewnym
niedowierzaniem, z odruchowym pytaniem: „ale po co?” – „a tak
to jest, tak to jest”. Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem
wymieniłem kilka zdań z kimś, z kim chodziłem w poprzedniej
dekadzie na zajęcia. Że to stwierdzenie padnie – wiedziałem od
razu. Nie wiedziałem tylko, ile czasu będę potrzebować, by mogło
ono swobodnie wybrzmieć. „Trzeba się spotkać, tak powspominać,
tak grupowo” – ach, w końcu! – i zastanawiałem się czy
zdanie to pełniło teraz funkcję zupełnie fatyczną czy ktoś
rzeczywiście dalej ma pewnego rodzaju ciągoty w kierunku
wskrzeszania zmarłych, może wstydliwej nekrofilii. „Nic tak
lepiej nie wspominam niż liceum, he, he” – taka to smutna
konstatacja w końcu dobitnie padła – „tak, tak, ja też lubię
rozczulać się nad okresem bycia larwą”. Kiedy w zeszłym roku
przechodziłem na pasach, było to skrzyżowanie Nowego Światu ze
Świętokrzyską, moją drogę zaszedł niski brunet. „Cześć” –
„ojej, cześć”. I chciałem już iść dalej, ku Ordynackiej,
spieszyłem się – nawet jak nie, to i tak bardzo się spieszyłem
– gdy ten poszedł za mną. Po co szedł – nie wiem, ale skoro
już pofatygował się tym pójściem za mną, to pewnie w celu
zadania kolejnej wyświechtanej frazy. Krępy mężczyzna z na wpół
otwartą jamę gębową, wyszczerza centymetrową diastemę, usta w
dzióbek, zupełnie jakby chciał powiedzieć długie, przeciągłe
„o”, w końcu zadaje pytanie: „co tam słychać, Piotrze?”.
Ja w drgawki, czy dobrze, czy źle, czy jakoś idzie, może stara
bieda, może jednak do przodu? A więc, biedaku, small talku w
oczekiwaniu na zielone ci się zachciało? Półtora roku się chyba
nie widzieliśmy, zamieniliśmy przez życie może z kilkadziesiąt
zdań i jak już rzuciliśmy tę pracę w cholerę, teraz „co tam
słychać”! „A Vaclaw Havel nie żyje” – odparłem, bo wtedy
była to jedyna przyświecająca mojemu umysłowi głębsza myśl.
Dalszy zalążek rozmowy – to co wyartykułowane nie było przecież
rozmową, raczej paskudnym banałem, w myślach tworzyłem na wypadek
dalszego zagajania kolejne epitafia – miał już prowadzić ku
kolejnym absurdom, ku pukaniu w dna den relacji interpersonalnych. I
kiedy wylądowałem już na Ordynackiej, nie wiedziałem czy czym
prędzej nie skierować się na Most Poniatowskiego i nie rzucić się
gdzieś pod skarpę. „P.W. Człowiek, który spadł z attyki” –
pomyślałem o nagrobku – „tylko ten lęk wysokości, nie dam
rady, nie dam rady!”.
Są
emigracje stałe, kiedy ludzie wyjeżdżają albo do innego kraju,
albo przynajmniej do innego miasta. Nie jest źle, jeżeli emigranci
chcą się z tobą zobaczyć chociaż raz do roku. Takie spotkania –
kawa, ciasteczko, piwko, polish vodka, polish hospitality – mają
najczęściej to do siebie, że upływają pod znakiem szybko
mijających rozmów o tym, jak
wygląda życie „tam”, jak wygląda życie „tutaj”, co się
zmieniło od ostatniej wizyty, i dalej: za czym się zatęskniło,
komu się urodziło, się ożeniło, się zmarło, albo przynajmniej
nie udało w życiu. Jeżeli zobaczysz jednak, że bliscy ci kiedyś
emigranci przyjechali do Polski i nie pisnęli tobie o tym ani słowa
– najprawdopodobniej stałeś się w ich oczach bliżej
nieokreślonym zjawiskiem z przeszłości, mumią, skamieliną, kurzu
już nie ścieraj i szczęścia szukaj gdzieś indziej.
Są
jeszcze ludzie, którzy znikają z naszego otoczenia na pół roku,
może rok. „Jadę na erasmusa”, „stypendia naukowe”,
„zagraniczny staż, Malediwy welcome to”, „muszę odbyć podróż
wewnętrzną, noc czarna i polarna, aktualne miejsce zamieszkania:
Reykjavik” – ci stają się dla wtedy mnie na wpół żywi, na
wpół umarli, wysyłający co jakiś czas pocztówki zza światów,
takie jak: „pozdrawiam mroźną Polskę”, „jestem pod wieżą
Eiffela”, „wyprzedaż na La Rambla”, „na plaży Ipanema plus
czterdzieści stopni, piję mojito z Alejandro, oto spis
cudzołożników”, „przelew z uczelni, ha, ha”. Statusy te
tłumaczone są często na języki obce – nie dość, że wygląda
to bardziej profesjonalnie i można pochwalić się doskonałą,
wydawać by się mogło, znajomością języka obcego, to można
dostać kilka dodatkowych likes od nowych friends z
zagranicy, albo przynajmniej uniknąć komentarzy współtowarzyszących
w wyprawie z zapytaniem, co takiego właśnie napisałeś. Jest
jednak coś ujmującego, kiedy tymczasowo emigrujący wracają ze
swoich nie-rzeczywistości do szarych rzeczywistości i choćby cały
wyjazd pili, ćpali czy chędożyli, to i tak mam wrażenie że
dojrzeli, że nabrali życiowej ogłady i że coś tak naprawdę
tracę, nie planując kilkumiesięcznego urlopu z życia.
Tak
jest, lajk jest dziś ważny,
lajk to znaczy –
pamiętać, lajk to
znaczy – sprawić komuś chwilę przyjemności, obdarzyć kogoś
tymczasowym szacunkiem, podbić znaczenie jego śladu w wirtualnej
rzeczywistości: „zdałem egzamin na prawo jazdy”, „jestem
magisterką”, „ja i moje zdjęcia z Ibizy, na wszystkich wyglądam
wystarczająco chudo”, „zostałem przewodnikiem, taki mądry
jestem”, „zaręczyłam się, wysyłam zdjęcia pierścionka,
palców, zupełnie przypadkiem jestem tuż po manikir, mam frencza i
przez ostatni tydzień starałam się nie obgryzać moich pazurków”,
„wieczór kawalerski taki udany, leżałem krzyżem pod świętą
Anną, patronka małżonków, przygoda na Mariensztacie, he, he”,
„mój bobo, chyba dziewczynka, bo siusiaczka nie widać” (pod
spodem zdjęcie z USG, z którego do końca nie wiadomo – płód to
czy nerka?) i czekać wtedy tylko na moment, kiedy w trakcie naszego
śniadania przyszły ojciec prześle w ekstatycznym triumfie zdjęcie
dziecka wyjętego prosto z macicy, jeszcze w zielonkawym śluzie,
jeszcze matka w tle cała obolała, nie wiedząca do końca, co się
stało i kiedy w końcu będzie mogła umrzeć. Parę miesięcy
później – jest! – „jednak chłopiec, chłopczyk, synuś,
siusiaczek, młody byczek” – sto dwadzieścia lajków,
a ja pokątnie w myślach odliczam, kiedy „byczek” dorośnie i
wrzuci na swój portal społecznościowy zdjęcie tatusia w trumnie:
„jednak tatuś trup, rigor mortis, stary nieboszczyk”.