poniedziałek

O ciotkach

Jedni właśnie otrząsają z przeżytej właśnie depresji, będącej skutkiem spojrzenia się w lustro na chwilę przed zakończeniem sezonu grzewczego. Drudzy uznali, że szkoda już łez na samą myśl o niemożliwości dopięcia się na ostatni guzik, na kolejne spodnie przetarte w kroku, na koszulę nieznośnie krępującą ruchy. Już plany diet na cały rok, już o spacerze Chmielną w tłusty czwartek z ciepłym pączkiem z różaną marmoladą, z adwokatem można zapomnieć, nie dla ciebie ta cała tłusto-węglowodanowo zabawa, nie dla ciebie te wszystkie pączki, bezy, chrusty, nie!
I już dyskonty promują oferty, na których szczupłe, wysportowane kobiety z obowiązkowym zielonym jabłuszkiem w dłoni zachęcają cię: kup produkt bezglutenowy, bez pszenicy, sam błonnik, tylko białko, pełne ziarno, otręby, zarodki, surówka z rukolą, może roszponką, herbatka biała, zbożowe ciasteczko – nie, nie na deser, chłopczyku, zamiast posiłku. W radiu pani drżącym głosem oznajmia, że do wiosny jeszcze tyle czasu (chyba astronomicznej), a ona od nowego roku przytyła już cztery kilogramy i pewnością nie byłby to koniec tej agonii, udręki, tortury, gdyby na swoją wstydliwą przypadłość nie odnalazła cudownej pigułki szczęścia zwalczającej apetyt, tkankę tłuszczową, cellulitas. Ci, którzy wcześniej bieganie nazwaliby prędzej histeryczną formą poruszania się niż aktywnym sposobem spędzania czasu, teraz z zazdrością patrzą się na tych, którzy już zdążyli przebrać się w świeżo wyprane w czterdziestu stopniach dresy, założyli sportowe buty, zalogowali się na endomondo i z pulsometrami na nadgarstku, słuchawkami w uszach krążą po okolicy, doznając przy tym siebie, słonego potu na skroni, pod pachą, przyspieszonego bicia serca, uwalniających się endorfin, orgazmu ich powszedniego.
Gdzieniegdzie słychać jeszcze tych, którzy zdążyli się już uzależnić od aerobiku, siłowni, fitnessu i kiedy tylko przy spotkaniu pada hasło „dieta”, już jesteś zasypywany informacjami, do jakich konsekwencji może prowadzić (twój) niezdrowy, siedzący tryb życia, czym kończy się nierozważne jedzenie pszenicy. Już nastąpił wybuch, już fit-słowa wychodzą z ust jak pociski a ty się kulisz, bo ostatnio biegałeś może z dwa lata temu, i to może co najwyżej kilka razy. W dłoni dzierżysz śmiercionośnego donuta, popijasz go kawą posłodzoną białym cukrem.
Pojedziesz na weekend do T. – myślisz sobie – ale nie, przecież zaraz T. cię znowu przytuli, zaraz złapie cię za talię, spiesznie donosząc: „kuleczko, ale masz boczki, tyjesz nam na potęgę, mój sanczo pączku, mój strupieszały cherubinku”. Niby wszystko to dla żartów, ale już wyobrażasz sobie, jaką ona może mieć satysfakcję z tego łapania, tego nakrycia, pokrętnej znajomości twojego słabego punktu, ach, gdyby tym razem nie dać jej tej satysfakcji!
Ale póki co kulisz się cały w swoim własnym kompleksie, w obliczu billboardu z roznegliżowanym Beckhamem na Domach Towarowych Centrum, w obliczu wszystkich zawiedzionych, choć dyskretnych i wyimaginowanych spojrzeń, nawet w obliczu buzi Kory, która na rozkładówce między sesjami chemioterapii wygląda bardziej kwitnąco niż ty przez całe swoje życie. To wszystko w twojej głowie, kuleczko, myślisz sobie, ale już się w lustrze na siebie spoglądać nie możesz, już się chcesz myć pod prysznicem w blasku wątle palącej świeczki, już nie masz brzuszka, ino dzierżysz w dłoni coś na kształt tego, co Robin Williams nazwałby Flubberem. I właściwie trochę z zazdrością patrzysz na te fit-koleżanki, jednocześnie mając ochotę – podłość ludzka niech nie zna granic – je dokarmiać, piec im ciasta, strudle, rolady, wpychać im pszenicę, aż będzie wychodzić każdym otworem ciała.
Nowoczesna waga nie kłamie, pokazuje niemoralne liczby w obliczu nadchodzącego pospiesznie sygnału „overweight”, już procent tkanki tłuszczowej dawno przekroczył dwadzieścia procent. I nagle mówisz, głośno i wyraźnie mówisz: „dość tego”, eksterminujesz z kuchni wszystkie potencjalne źródła grzechu (cukier, mąka, niedokończony batonik, mielony sprzed dwóch dni), już kupujesz w sklepie rzeczy „na doprowadzenie się do stanu”, w koszyku chude nabiały, beztłuszczowe filety, przyglądasz się bacznie każdemu warzywku (owocom nie, bo zgubna fruktoza), ostentacyjnie mijasz aleję pieczywa (po cichu wkładasz tylko ten najbardziej ciemny, natychmiast przykrywasz go sałatą lodową), z wyższością patrzysz się widok na słodyczy (może by tak jednak gorzką czekoladkę?), do kartonów z sokami, butelek z napojami, opakowaniami z chipsami nawet nie zamierzasz podchodzić. Spokojnie, piwa napijesz się pod koniec tygodnia, uprzednio nie jedząc cały dzień – i już pochwalasz się za to ekonomiczne podejście, bo jak cię po tym piwie trzepnie, to jakbyś wchłonął jednym haustem całą ćwiartkę.
I wieczorem krzyczysz: bożę, taki jestem głodny, nie mogę się na niczym skupić, co robić, może zielonej herbaty się napiję, ale naprawdę jestem głodny, no to marcheweczka, no, no nie taka malutka, o, i już w dłoni dzierżysz dostojną, dorodną, falliczną marchew, i już się cieszysz jak gilgane niemowlę, że oparłeś się pokusie, że poskromiłeś ochotę na zjedzenie drożdżówki, marsika, kinder niespodzianki, że nie zacząłeś nagle ukręcać kogla-mogla, wypiekać ciasta czekoladowego („murzynek” już dawno uznałeś za nazwę bardzo niepoprawną politycznie) i żaden przyjemny zapach nie roznosi się po całym domostwie, doprowadzając do wrzenia wszystkie twoje kubki smakowe.
I tak katujesz się już trzeci dzień, dieta, rower, codziennie rano coraz bardziej obolały od pierwszego w tym sezonie dżogingu (sms: „widziałem jak biegałeś, jak jakaś baletnica”) stajesz nagi na wagę, sprawdzając czy już „coś” ruszyło. Jest twoja nagroda, kuleczko, waga spadła o trzy kilogramy, to nic że to kwestia dobrego wypróżnienia, że od trzech dni prawie nic nie jadłeś, prawie nic nie piłeś.
Wtedy nagle odkrywasz na samym dnie zamrażarki robione parę tygodni temu muffiny – skoro tak dobrze ci się powodzi, to możesz się nagrodzić – i już słodki zapach z mikrofalówki unosi się po całym domostwie, już jesteś cały szczęśliwy, choć to szczęście okupowane jest jednak jakby trochę nieszczęściem. Ale nagroda to nagroda, czysty behawioryzm w końcu.