Nie
ma i mogę powiedzieć to chyba z całym przekonaniem – nie ma
już miejsca, które nazywaliśmy kiedyś rondem Wiatraczna. Nikt też
już pewnie nie dowierza, że kiedykolwiek mogły stać tutaj – jak
sama nazwa wskazuje – wiatraki, że między torami a brukowaną
drogą pasły się krowy, że warszawiacy przyjeżdżali zrobić
zapas ziemniaków, buraków, cukru. Dziś oglądając się na okolicę
z czternastego piętra widzę panoramę wieżowców po drugiej
stronie Wisły, coraz wyższe bloki, galerie handlowe. Nie pamiętam
już dokładnie, kiedy przedłużona Aleja Stanów zniknęła w
tunelu, kiedy pojawiły się ścieżki rowerowe a po obu stronach
ronda wyrosły wejścia do stacji metra.
Rozmywa
się historia, rozmywają się wspomnienia, tu było, tu stało...
Kto cztery dekady temu wyjechał z Grochowa i wrócił na stare
śmieci, mógłby się poczuć jak w dziwnym, futurystycznym
śnie – pewne elementy przypominają znane nam miejsce, reszta jest
przekonstruowana, w osobliwy sposób przetworzona. Kto doszukuje się
logiki w snach, w pewnym momencie natrafia na ścianę. Z porównaniem
tego, jak Wiatraczna wyglądała kiedyś i jak prezentuje się
dzisiaj, jest podobnie. Jeżeli ktoś dostrzega tu jakąkolwiek
logikę, przypomina ona raczej logikę urojenia, właściwie brak
logiki.
A
przecież wciąż jesteśmy na Wiatracznej. Ma nas przekonać o tym
niedawno odnowiony neon świecący jasnym, niebieskim światłem, z
napisem „UNIWERSAM GROCHÓW”. Przy wejściu na klatkę schodową
rozciąga się placyk, na którym – jak i kiedyś – na niewielkim
cokole stoi rzeźba, przez starych mieszkańców zwana „Panienką”.
Pętla tramwajowa – właściwie skwerek pocięty rozjazdami
tramwajowymi, chodnikami, wraz pawilon dyspozytury – stoi jak przed
laty. Tory dalej prowadzą Grochowską – z jednej strony na
Gocławek, z drugiej na Wileniak, albo aleją Waszyngtona na
Poniatowszczak. Wielu i starszych ode mnie grochowian mogłoby
powiedzieć zresztą, że tramwaje tutaj były od zawsze.
Jeszcze przed II wojną światową dociągnięto przez pustawe pola
linię na Gocławek, choć ta dublowała się z popularną koleją
jabłonowską. W 1942 otwarto bezpośrednią odnogę w kierunku Mostu
Poniatowskiego, dzięki czemu mieszkańcy mogli pewnie znacznie
szybciej niż wcześniej – i to jeszcze za Niemca – dojechać
„24” chociażby do większego niż po powojennej odbudowie
kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Dziś ta sama
„24” znów stoi w oczekiwaniu na pasażerów, jedzie tylko pewnie
i dalej, i szybciej, i pewnie jeszcze ciszej, mimo że
warszawskie tramwaje są już chyba u kresu wytrzymałości. Ktoś
znów mógłby krzyknąć: a za granicą, w
mitycznym za granicą,
można byłoby pojechać taką „24” jeszcze dalej, i jeszcze
szybciej, i wręcz bezszelestnie. Może i pod tym względem niewiele
się tutaj zmieniło.
Nie
ma, może na całe szczęście, Pragi-Południe. Kiedy istniał
Uniwersam, poza niebieskim neonem, był jeszcze mniej okazały,
czerwony, z napisem PRAGA POŁUDNIE. Traf chciał, że w pewnym
momencie przestało się podświetlać pięć liter: POŁUD.
Działanie specjalne? Chichot dziejów? Praga była gdzie indziej,
Praga zaczynała się dokładnie tam, gdzie dziś biegnie stary
wiadukt kolejowy, jakieś trzy kilometry stąd. Kiedy w ostatnich
latach rosyjskiego panowania Grochów włączano do Warszawy, tam
było prowincjonalne miasto – tutaj wieś, stare chałupy, przewaga
drewnianej zabudowy, walka o dominację sołtysa nad proboszczem. Już
w latach 20. urzędnicy nazwali nowy skrawek rozbudowującej się
stolicy ni stąd, ni zowąd Pragą-Południe, mimo że Grochów
znajdował się właściwie bardziej na wschód niż południe od
właściwej Pragi. Po wojnie komuniści tak już nazwę zostawili i w
ten sposób sztuczny językowo twór utrzymano przez kolejne dekady.
Po dziejowych perturbacjach, po okresie dłuższym chyba niż Polska
pod zaborami, znów mogliśmy nazwać siebie dumnie mieszkańcami
Grochowa.
Nie
ma pól, nie ma łąk, nikt nie pamięta już, kiedy nie stało tutaj
nic istotnego a czas wielu mieszkańców odmierzały, jak w zegarku,
odjazdy i przyjazdy pociągów wąskotorowej kolejki. Kiedy Piłsudski
jeździł Traktem Brzeskim do Sulejówka, rozważał swój przewrót,
pradziadek miał pracować niedaleko, w staromiłośniańskiej
cegielni. Jak wyglądała jego droga do pracy, można sobie tylko
wyobrazić dzięki nielicznym zdjęciom: wagon, czasem doczepiony
drugi, drewniane siedzenia, może z 30 osób, 7:30 stacja Grochów,
7:49 Wawer, tam już przesiadka do tramwaju ciągniętego przez
konie, przejazd polami Kaczego Dołu, dziś Międzylesia, w końcu
dwadzieścia przed dziewiątą Stara Miłosna. Tam już tylko – czy
poniedziałek, czy sobota, czy 30 stopni upału, czy 30 stopni mrozu
– dojść do zakładu, przebrać się, pracować. Wieczorem znów:
18:45, odjazd tramwaju ciągniętego przez konie, Kaczy Dół,
przesiadka w Wawrze, czym prędzej na Grochów, ktoś rzekłby –
ot, codzienna rutyna szarego człowieka, dobrze że chociaż robota
była, że można było jakoś utrzymać powiększającą się
rodzinę.
Zastanawiam
się, skąd te godziny, skąd te przystanki tak we mnie tkwią.
Pradziadek zbierał różne bilety, rozkłady, książeczki,
rachunki, zdjęcia, wszystko aż do śmierci wrzucał do drewnianego
pudła. Ktoś pewnie musiał łapać się za głowę – Olku, po co
ci te śmieci, Alku, po co ci ta cała makulatura. Kiedy mrużę
oczy, widzę jego dom i stryszek, do którego zakradałem się w
dzieciństwie. Wkroczyć w tę iluzję to jak znaleźć się tam po
latach, nasycać niezaspokojoną ciekawość kilkulatka, wchodzić
znów po stromych, drewnianych schodach i wyczuwać zapach gorącego,
niewywietrzonego pomieszczenia, starości. Spaceruję tak pośród
palt, płaszczy, kożuchów, badam wzrokiem pożółkłe książki,
pocztówki dźwiękowe, popsuty adapter, ilustrowane czasopisma,
drewniane skrzynie. Kurz unosi się w powietrzu, leniwie przedziera
się przez słoneczne promienie wydobywające się z niewielkich,
przybrudzonych okien a ja znajduję w końcu skrzynię z
pradziadkowymi skarbami, skrzynię chyba najbardziej niepozorną, tak
jak wszystkie zgromadzone w niej papiery. Badam to wszystko z jakąś
śmieszną zawziętością, odkrywam tajemniczy dla mnie świat po
omacku, jak przez dziurkę od klucza.
Tylko
prababci niemal nie pamiętam. Rodzice mówili: powitaj babcię,
pożegnaj babcię, pocałuj babcię. A ja się brzydziłem – dziś
wiem, że babcia pachniała po prostu jak wszyscy starzy ludzie.
Pożegnaj babcię, pocałuj, żółtawa twarz, zapadnięte usta,
zimne ciało, pocałuj. Nie wiem czy prababcia zostawiła coś po
sobie, poza moją niechęcią do czuwania nad ciałem zmarłego.
Nie
ma śladu po starej piekarni, po Europejskiej. Budynek z
czerwonej cegły wraz z kominem postawiono jeszcze przed I wojną
światową, dołączono do lichej kamieniczki przy ulicy. Pewnie moi
dziadkowie, może rodzice wychodzili jeszcze rano po chleb, do
piekarni spolszczonego Niemca, Teodora Rajcherta. Jego Europejska
miała prosperować w sposób nadzwyczajnie dochodowy przez
dwadzieścia lat, cała międzywojenna Warszawa zachwycała się jego
wypiekami. Kiedy pod koniec 1939 przybyli prawdziwi Niemcy, wraz z
sobą zmieniając nazwę Grochowskiej na złowrogo brzmiące
Ostenstrasse, którą później jeszcze poszerzyli – w
brukowanej drodze mieli widzieć trasę wylotową nach Osten,
na wschód, nach Moskau. W końcu zainteresowali się i
słynnym piekarzem Rajchertem, wpierw zachęcając, później grożąc
srogimi konsekwencjami w razie niepodpisania volkslisty, chociażby w
postaci odebrania mu piekarni. Rajchert stał twardo przy swoim, co
rusz odmawiając jakiejkolwiek współpracy z najeźdźcą. Przez
całą okupację pomagał Polakom jak mógł, bryczkami rozwoził
chleb do PCK, w razie potrzeby udostępniał mieszkańcom piece. I
Rajchert może zostałby w końcu zesłany gdzieś do III Rzeszy,
może do obozu koncentracyjnego, albo zginąłby niechybnie w
Powstaniu Warszawskim, jak 200 tysięcy innych mieszkańców. Traf
chciał, że wcześniej, w lipcu 1944, spadła na niego w Międzylesiu
radziecka bomba. Kiedy przyszła komuna, spadkobiercy nigdy nie
odzyskali własności przodka.
Zresztą
nie pamiętam, żeby w tym budynku z czerwonej cegły kiedykolwiek
znajdowała się piekarnia. Był za to monopolowy – nomen omen,
Europejski 24/7 –
i momenty, kiedy w nocy kończył się alkohol, kiedy trzeba było
skoczyć po kolejną butelkę płynnej substancji. Dla nas, młodych,
alkoholu było chyba zresztą zawsze za mało. A może celowo
kupowaliśmy za mało alkoholu? Może my po prostu musieliśmy
odprawić ten pokątny rytuał wyjścia do monopolowego, odnaleźć
portfele, zejść sześć pięter w dół – winda działała, raz
nie działała – przejść wzdłuż bud z azjatyckim
jedzeniem, lombardów, kantorów. Jeszcze pół litra poprosimy,
później jeszcze pół, rano już tylko – jak w starej piosence –
Grochów się budzi z przepicia i
im starsi byliśmy, tym bardziej zdychaliśmy. Teodor Rajchert, ten
dobry Polak, choć Niemiec, przekręcałby się pewnie w grobie,
widząc nas w tym stanie. A może i on, jak na Polaka nawet
i spolszczonego przystało, jak na mieszkańca Grochowa, za
kołnierz pewnie by nie przelewał. Szczególnie gdyby zobaczył jak
jego Europejska, piekarnia-niepiekarnia, runęła
w gruzach, w zgliszczach, pierwszy budynek zburzono wraz z
budową trasy szybkiego ruchu, resztę przy okazji kopania tunelów
metra. O przeszłości tego miejsca mają świadczyć przedwojenne
fotografie przy wejściu do stacji – tylko ludzie nie zwracają już
raczej na nie uwagi, biegnąc na odjeżdżające co trzy minuty
pociągi. (...)
Nie
ma Uniwersamu, pierwszej rzekomo zachodniej, jednak prl-owskiej
galerii handlowej. Może i dobrze, że nie ma już Uniwersamu, że
całe jego otoczenie zutylizowano, zdezynfekowano, wymyto,
wywietrzono i pokryto nieznośnym zapachem odświeżacza do
powietrza. Kiedy rozbierali go pod budowę dwóch wież,
czterdziestoletni wówczas lokal niszczał, rdzewiały blachy i nawet
najwytrwalsi obrońcy architektury późnego modernizmu kręcili
nosem na widok trzykondygnacyjnego budynku, który ani krzty urody
Supersamu na placu Unii Lubelskiej, ani nawet Sezamu przy
Marszałkowskiej, nie miał – choć wydawało się, że w całym
Śródmieściu nie było nic bardziej paskudnego niż Sezam przy
Marszałkowskiej.
Nie
ma więc Poli-foto, Prednormu, Wermetu,
restauracji Austoria z dansingiem i cocktail-barem. Zlikwidowano
sklep Spoołem, gdzie chyba do samego końca układano piramidy z
puszek brzoskwiń, mandarynek czy ananasów – jakby tylko tak w tak
upiorny sposób można było wyrazić tęsknotę klientów supersamu
za podróżami do Egiptu. Nie zobaczę już zdobywanych w Uniwersamie
różanych olejków z Bułgarii czy mdłych, wietnamskich soków
ananasowych. Nie założę też, całe szczęście, dżinsów Odra.
Nie ma krawca, nie ma kuśnierza, nie ma zegarmistrza (szyld: GERWAZY
PECIAK – NAPRAWA ZEGARÓW, BUDZIKÓW, KUKUŁEK), ostatni uchował
się jeszcze do niedawna na placu Szembeka, ale i tam lokal
niszczał, właściciel zmarł i żaden z jego synów nie chciał
przejąć fachu swojego ojca. Jeden mi kiedyś mówił – bo i po
co, skoro zegarek naprawić można dziś w jakimś punkcie galerii
handlowej, budzików już się chyba nie produkuje a naprawienie
kukułki stanowi wyłącznie chyba o jakiejś egzotycznej, pewnie
perwersyjnej fanaberii.
Może
tylko bazaru szkoda, miejsca tak skrajnie pociągającego i
odrzucającego jednocześnie. Z jednej strony chyba tylko już tam
można było zażyć w pełnej krasie folkloru starego Grochowa,
usłyszeć rozmów ludzi mówiących gwarą. Z drugiej strony kręciło
się tam pełno ledwie mówiących po polsku Romów, Ormian
handlujących czy to zasłonami, czy wielkimi złotymi zegarkami,
wihajstrami, których w pewnym momencie nikt już chyba chciał
kupować. Później, poza straganami, postawiano jeszcze obskurne
budy z pieczywem, mięsem, pierogami, pyzami, ciastami. Tutaj
pracowali drobni rzemieślnicy i tutaj kupowano wszystko po 3
złote. I tylko na bazarze taki mieszczuch niewyjeżdżający
przesadnie z Warszawy, mógł zaopatrzyć się w znacznie
świeższe niż w Społem warzywa i owoce. Kiedy potrzebowałem
kupić w czerwcu kilogram truskawek albo czereśni,
sprzedawczyni dawała do spróbowania czy jej owoce są wystarczająco
dobre, przy okazji zagajając o starej biedzie.
W październiku chodziło się między zabrudzonymi alejkami
w poszukiwaniu najsmakowitszej dyni a już dwa miesiące później
kupowało się najlepsze owoce do kompotu z suszu. I nawet kiedy
przestałem obchodzić Boże Narodzenie, kilka dni przed wigilią
szedłem na bazar, przedzierałem się przez sterty choinek, stragany
ze świątecznymi ozdobami, kupowałem kilo suszu i w ten sposób
choć jednej – w tej wypadku suszonej – tradycji stawało się
zadość.
Nie
ma już salonu kosmetyczno-fryzjerskiego na I piętrze Uniwersamu. W
epoce Gierka salonu eksclusive,
tudzież kategorii S – jak S to prestiż i
wysoki standard, cokolwiek pod koniec komuny to oznaczało. Po
transformacji ustrojowej przybytek prl-owskiego luksusu już tylko
niszczał, jak cała ta okolica. Po naciśnięciu aluminiowej klamki,
zrzucałem płaszcz i wchodziłem po prawo, do salonu męskiego.
Dzień dobry, pani Krysiu, dzień dobry, pani Jadziu – pani Jadzia
zwykle, o ile nie strzygła kogoś innego, popijała kawkę ze
szklanki z koszyczkiem, z dużą ilością mleka i garścią fusów.
Odpowiadała – dzień dobry, panie Piotrze, skończę tylko moje,
ha, ha, latte podkarpatte, zaczynamy. W salonie stał stary
telewizor, pewnie jeszcze z lat 90., wiecznie puszczający
teleturniej, telenowelę albo inny serial obyczajowy. Na parapecie
położono w plastikowych wazonach sztuczne kwiaty, na stoliku
pokrytym wyblakłą ceratą stał telefon Bratek, czas odmierzał
wiecznie źle nastawiony zegar Slava made in USSR. Na zapleczu
pani Jadzia chowała pewnie ukradkiem zapas płynu lugola, bo nigdy
nic nie wiadomo, nigdy nic nie wiadomo... Budowali nowe blokowiska,
nowe sklepy, banki, szare mrówkowce odmalowywali na coraz bardziej
fantazyjne, pastelowe kolory. Nawet jeżeli pani Jadzia z zastępem
innych fryzjerek były w coraz to nowocześniejszych, coraz to
krótszych fryzurach, nakładały na swoje wiotczejące ciała coraz
bardziej kolorowe ubrania z pobliskiego second-handu (szyld:
PONIEDZIAŁEK – NOWY TOWAR – ZAKOCHAJ SIĘ W TYM SKLEPIE,
BĘDZIESZ MIAŁA LEPIEJ, obok drugi: ZAJRZYJ – TU MIESZKA
INSPIRACJA), nikt by nie odgadł że za oknem już III, może nawet
IV Rzeczpospolita. Może zresztą i lepiej – to tutaj można było
się zatrzymać, poczuć, że w świecie jak to nazwali, płynnej
nowoczesności, jest jeszcze coś stałego. Jeszcze Polska nie
zginęła, Polska ludowa, Polska exclusive siermiężna, póki
pani Jadzia cię strzyże.
I
jeszcze słyszę te jadziowe utyskiwania, mówili będzie lepiej
młodzi będą mieć w końcu pracę nic z tego ci co byli
biedni dalej biedni jak myszy kościelne biedni ci co byli bogaci
zbiednieli wyraźnie zbiednieli rozkradną nas rozdziobią – panie
pochyl głowę lekko – wnuczka już rok pracy szuka wciąż nie
może znaleźć za darmo przecież pracować nie pójdzie my kiedyś
to chociaż chcieli wychodzić na ulicę protestowaliśmy dziś już
młodzież nic z tego leniwi – czy jeszcze krócej z tyłu –
pomysłu na siebie mają wielkie oczekiwania pokory zero ledwo co im
starcza na życie i to jak rodzice z dziadkami się dołożą
mielonki jeść dadzą ale my przecież też tak zaczynali przecież
też się na początku gnieździłam ze świętym pamięci mężem
nieboszczkiem – może żelu tak trochie nałożę – razem z
rodzicami wtedy siedziało się jeszcze z mamusią tatusiem w drugim
pokoju prywatności nie było dziś to samo tylko żenić się nikt
nie chce – teraz tylko wysuszyć – i może to i lepiej zresztą
mniej nieszczęśliwych związków mniej dramatów.
I
ciągle miało być, że Kiedyś było inaczej, Kiedyś
było lepiej, jakby Kiedyś było jakąś magiczną krainą,
pełną kiedysiowego dobrobytu i kiedysiowego szczęścia, Kiedyś
– państwem godnej pracy, Kiedyś – opiekunem, aniołem
stróżem. Nigdy nie rozumiałem tych jęków, może sprawność
fizyczna co najwyżej już nie ta, może libido nie to samo, ale w
życiu nie chciałem przeżywać zeszłych lat ponownie.
Panie
Piotrze może teraz tu wycieniujemy tu przytniemy może uda się
zakryć te zakola panie Pietrku dawno pana tu nie było nie wygląda
pan najlepiej jak panu siwych włosów przybyło pewnie zmartwień
jak ja pan ma co niemiara. Rozstawałem się wtedy z kimś, kogo
wydało mi się – kochałem kilkanaście lat, nagle wszystko gdzieś
się ulotniło, musiałem się wydostać, nie wiem, chyba z samego
siebie się wydostać, wszystko przewartościować, coś mnie
tchnęło, poczułem że potrzebuję się oczyścić, już miałem
nawet sam się obciąć przed lustrem. Czy chciałem zostać mnichem
buddyjskim? Świętym Franciszkiem? Rozdać wszystko ubogim? Wyjechać
byle dalej od tego przygnębiającego miejsca? Doczołgałem się do
pani Jadzi – ta zdziwiona, zdziwiona nad musztardówką z torebką
herbaty express, co się dzieje zawsze nosił pan dłuższe
włosy jak to na zapałkie? Wydawało mi się, że takim cięciem
rozwiążę wszystkie swoje problemy, nabiorę dystansu,
rzeczywistość wyklaruje się na nowo. Później przez rok chodziłem
w kapeluszu, czekając aż włosy same odrosną, zresztą coraz
bardziej cienkie i siwe.
I
jeszcze parę lat później siedziałem, jak się miało okazać, po
raz ostatni siedziałem, na piętrze Uniwersamu. Jadzia opowiadała
historię swojego życia, za każdym niemal tę samą, cięła włosy,
ucieszona że ktoś tu jeszcze przychodzi. Może początek lat
dwudziestych był, lipiec, skwar nie do wytrzymania, wiatrak na
skraju wytrzymałości, jak Jadzia nagle zemdlała, z nożyczkami w
dłoni zemdlała, niemal głowę rozbiła, nożyczki wylądowały pod
stolikiem z ceratą i telefonem Bratek, wezwaliśmy pogotowie,
diagnoza: udar mózgu. Jadzia już nie wróciła do pracy, właściciel
salonu był nieugięty, zresztą Uniwersam przecież i tak mieli
zaraz rozebrać.
Później
zapomniałem chyba już w ogóle, żeby przycinać włosy,
zapuściłem je jakoś niepostrzeżenie, że musiałem przypominać
chyba jakiegoś starego hippisa. W końcu przemogłem się, wstąpiłem
do jednego z nieznanych mi wcześniej sterylnych salonów, bez
kurzu, bez telewizora, bez sztucznych kwiatów, z cichą, spokojną
muzyką. Ciął mnie mężczyzna zadbany bardziej niż wszystkie
Krystyny, Jadzie, Ireny i Grażyny razem wzięte, rozmowy brak, bo i
po co. Trzydzieści euro się należy.
Nie
mam już zresztą potrzeby intensywnie wychodzić. Kiedy muszę już
koniecznie wpaść dalej, choćby do tych znajomych, z którymi
jeszcze jako taki kontakt utrzymuję – biorę taksówkę, na
Mokotów proszę, na Wolę proszę, i już prawdę powiedziawszy nie
poznaję tego miasta. Jadąc Jerozolimskimi, Pałac Kultury widać
już tylko przez chwilę, otoczony jeszcze wyższymi budynkami, coraz
bardziej wymyślnymi. Dworzec schowano w podziemiach, w drugi, inny
świat a z całej bryły Arseniusza Romanowicza zostały już chyba
tylko malowane, aluminiowe figurki w sklepach z pamiątkami. Wydaje
się czasem, że tam gdzie kiedyś stał pusty Plac Defilad, dziś z
zabudowanymi, częściowo przywróconymi ulicami Chmielną, Złota
czy Śliską, tam najbardziej doskwiera mi poczucie niedostosowania
się do współczesnego świata, do gry pozorów, do postępującej
homogenizacji. Przecież dziś w autobusach, pociągach obowiązuje
już bezwzględna cisza, odezwać się do kogoś to faux pas,
spojrzeć się na siebie – czuć wrogość, choć i wrogość już
jakoś ciężko dziś wyartykułować. Wszyscy zagłębieni w
lekturze, ze słuchawkami na uszach, albo przed własnymi ekranami
sprytnie zamontowanymi w okularach. (...)