czwartek

O rzeczach (II)

Franciszek Starowieyski, jeden z największych polskich kolekcjonerów dzieł sztuki, pisał: nawet tak prymitywne zbieractwo jak kolekcjonowanie kufli wojskowych musi odchamiać. Kolekcjonuje się bowiem po to, by poszerzać swoje horyzonty, a nie żeby zaoszczędzone zaskórniaki w tajemnicy przed żoną wydać. (...) Zbieractwo to wewnętrzna potrzeba. Trzeba się z nią urodzić. Pasję kolekcjonowania czasem odkrywa się przypadkowo. Innym razem trwa ona od początku. Już jako dziecko zawsze coś zbierałem: owady, koniczynki czterolistne, dziwne kamienie, znaczki itd. Mój brat Kazik usiłował mnie trochę naśladować, ale nie bardzo tę moją potrzebę rozumiał a nie można jej racjonalnie wytłumaczyć.
Bo przecież jak racjonalnie wytłumaczyć setki płyt, do których przy ciągłym poszukiwaniu nowej muzyki – wrócę raz, dwa, nie więcej? Rzeczy kupowane pod wpływem impulsu, moje pocieszycielki, pośredniczki wahania nastroju, behawioralne nagrody? Śledzenie promocji, wyprzedaży – często po to tylko, by kolekcja związana z ulubioną postacią powiększona została o ciekawostkę, drobiazg, rzecz co najwyżej średnią? Pamiątki, sterty bibelotów gromadzone na półkach, w pudłach, pudełeczkach.... I znów nowe wejściówki, karnety, gazety, stosy już gazet, różnego rodzaju makulatura biletów, już na szczęście nie paragonów. Cała to zbieranina po to tylko, by przypomnieć sobie: byłem, zobaczyłem, mam wspomnienia, zostawiłem ślad. Jeżeli kolekcjonowanie musi odchamiać, odchamiałem się i czasem miewałem wręcz poczucie ja, najbardziej odchamiony człowiek świata. Jeżeli posiadanie dwudziestu kilku lat wiąże się z potrzebą określania się, to czułem że jak sam się nie określę – przynajmniej przedmioty za mnie to zrobią. Z biegiem czasu sytuacja się stała się odmienna. Zostałem sługą swoich rzeczy, zakładnikiem śmiesznej niekiedy przeszłości, w końcu jeńcem potencjalnych problemów: katalogowania, kartonu, kurzu. Wyprowadzania się z równowagi.
Nie wierzyłem w ludową mądrość dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Z dzielenia się dobrymi, niekiedy ulubionymi książkami, z pożyczania polecanych filmów, udostępniania płyt kompaktowych po prostu była radość. Prozaicznym czynnościom przyświecała szczytna zwykle idea umilać czas innym w sposób najwłaściwszy, w taki więc dokładnie, w jaki sam sobie umilałem. Jak też odmawiać, kiedy ktoś znajduje na półce książkę, którą koniecznie chciał przeczytać? Pożyczam. Jak inaczej nie chwalić wstrząsającej jestestwem lektury bez polecenie przeczytania, podrzucenia jej komuś do torby? Samo posiadanie rzeczy nie sprawiało mi zresztą tyle radości, co potencjalna możliwość podzielenia się. Co moje – tak myślałem – może być też trochę twoje a i pamięć wydawała się być dostatecznie pojemna, by dopasować brakujące tytuły do osoby. Jednak gdy stanąłem przy półce niebieskie Ferdydurke, biała Pornografia, różowe Dzienniki, beżowy Kosmos... Ferdydurke, Pornografia, Dzienniki, Kosmos... Chwila! A grzbiet cienki, fioletowy? Trans-Atlantyk? Kto ma moją kopię Trans-Atlantyku?! I już wyobraziłem sobie:

– Cześć. Jak życie?
– Piotrze, to już cztery lata, odkąd nie rozmawialiśmy!
– Prawda, kopa lat?
– Tak, a wiesz, od ostatniej naszej rozmowy urodziła mi się dwójka dzieci, pamiętasz tamtą dziewczynę z naszej pracy? Była moją żoną, człowiek był głupi... Chcesz, mam zdjęcia, zobacz?
– Niekoniecznie. A słuchaj, pamiętasz taką książkę, którą ci pożyczałem ostatnio?
– Książkę? Jaką książkę? Bo jak się wyprowadzałem z Bródna...

Więc tak mają wyglądać moje relacje interpersonalne?!
Zaginięcie Trans-Atlantyku. To był dokładnie moment upadku mojego lewackie idée fixe, które sprowadziło mnie – przy Gombrowiczu mnie sprowadziło – na manowce. Czternasty wniosek Atwooda: pożyczając książki, tracisz tylko te, które szczególnie chciałbyś zachować. Jeżeli pewnego dnia odkrywam, że na półce brakuje tak ważnej książki i nie znam jej obecnego właściciela, kto zagwarantuje mi że podobnych braków nie ma więcej? Mistrz i Małgorzata? Nie ma. Nowy wspaniały świat? Brak! Ulubiona książka o sodomii? U kolegi, który wyjechał na drugi koniec świata i nie wiem, kiedy wróci – o ile wróci. Fascynująca studia nad dewocją, druga – nad dewiacją? Koleżanka pożyczyła koleżance, która jakiś czas temu uległa wypadkowi, zginęła śmiercią tragiczną i jakoś tak nie wypada zawracać głowy pogrążonej w żałobie rodzinie... Zdałem sobie sprawę, że moja lekkomyślność w dzieleniu się to prawdopodobnie dopiero początek góry lodowej. Co więcej, zacząłem widzieć siebie jako człowieka, któremu na starość – a więc być może wtedy, kiedy głównie czytanie zostanie – półki okupować będzie tylko twórczość, załóżmy, Orzeszkowej i parę innych książek, do których to wstyd posiadać, to strach trochę zaglądać. Reszta rozniesie się po różnych, niezidentyfikowanych miejscach, nigdy nie wróci.

poniedziałek

O rzeczach (I)

Konar spadł na siedzącą na ławce kobietę. Na miejsce przyjechała policja i karetka pogotowia ratunkowego. Kobieta zmarła w drodze do szpitala. 
Kobieta nie miała nawet trzydziestu lat. Prawdopodobnie czytała książkę, słuchała muzyki, przygotowywała się do zajęć w położonej obok szkole językowej. Może po prostu wyszła na chwilę odetchnąć. Śmierć ta tym bardziej surrealistyczna, że wydarzyła się w ciepły, bezwietrzny dzień na Polu Mokotowskim. I o ile powyższa wiadomość zaginęłaby pewnie gdzieś w natłoku innych – o kryzysie, wyschniętej Wiśle albo problemach na budowie metra – tak zmroziła z powodu innego. Osobę w tej samej szkole musiałem parę razy minąć. I to właśnie nasunęło pytanie: jeżeli to ja gdzieś, ot tak, wyszedłbym i miałbym już nigdy nie wrócić? 
Będący pod wpływem alkoholu kierowca samochodu stracił panowanie nad kierownicą, w wyniku czego z wysoką prędkością wjechał w przystanek. Oczekujący na autobus mężczyzna zginął na miejscu.
Załóżmy też wersję bardziej surrealistyczną, uwzględniającą nieodłączny element kary boskiej:
W środę w Warszawie samochód prowadzony przez siostrę zakonną wjechał prosto na cyklistę przejeżdżającego ścieżką rowerową. Siła uderzenia spowodowała wypchnięcie rowerzysty pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka volkswagena. Na miejsce wezwano karetkę, która mogła wyłącznie potwierdzić zgon rowerzysty. Kierowca volkswagena z lekkimi obrażeniami trafił na obserwację do szpitala. Siostrze zakonnej nic się nie stało.
Oczywiście przy samej śmierci – cytując Allena –  wolę, żeby mnie nie było. Sama możliwość wypadku zresztą mniej mrozi mnie od poczucia zapomnienia o swojej tymczasowości. Ja, młodzieniec, istota śmiertelna? Śmierć po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, nawet dziewięćdziesiątce – przy szczęśliwym trafie genów i ograniczeniu hektolitrów kawy. Kwestie ostateczne tak bardzo zostawiłem na tą bliżej nieokreśloną starość, że śmierć – póki nie minęła mnie tuż obok – jawiła się jako pojęcie zbyt abstrakcyjne. A co gorsza, zdanie sobie sprawy z niechybnego końca nie zwolniło mnie z podjęcia w jakiejkolwiek formie doczesności.
Zginąłem jednak. Zginąłem – niechby i pod konarem drzewa, na przystanku czy też potrącony przez samochód zakonnicy. Dobrowolnie poddany chrztowi cztery miesiące po urodzeniu, dobrowolnie chowany jestem w tym samym kościele. Wspomniałem o kremacji – suchym, bezwonnym prochu. W istocie znajduję w trumnie, ciało rozkłada się, stężenie pośmiertne już ustąpiło, gałka oczna zapadła się do oczodołu, mięśnie rozmiękają... Dzieje się fascynujące. Rodzina, wujowie, wszyscy cioteczni – widzimy się średnio dwa razy do roku a widzenie to coraz częściej przybiera formy groteski. Na pogrzeb krewni przybywają jednak licznie a opowiadane o mnie historie są na ogół miłe, poczciwe. Duchowny w fioletowym ornacie odprawia mszę a podczas kazania wspomina o niezbadanych wyrokach boskich, wyrokach w rękach Boga i o tym samym Bogu, który nas w smutku pocieszy – kto mu uwierzy? Jeżeli w księgach zauważy brak adnotacji o bierzmowaniu, opowie o szansach moich na niebieskie królestwo wbrew niepewności w wierze. Być może będzie poprawiać humor zgromadzonych mówiąc, ile to niewiast straciło niewątpliwą szansę na...  Na, na... Część spróbuje na te słowa parsknąć śmiechem. W kościele jednak – a tym bardziej na pogrzebie – jakoś zawsze nie wypada. Obiecanego castingu na żonę nie będzie.
Później paru głupców będzie palić na mojej tablicy portalu społecznościowego znicze. Być może ktoś wrzuci odnośnik do jednej z moich ulubionych smutnych piosenek, być może będzie to po prostu Tears in Heaven Erica Claptona. Wierzący uczestniczyć będą w mszach w rocznicę mojej śmierci – jestem pewien, że kilka zostanie mi zapewnionych przez ludzi, którzy i po moim odejściu przychylać mi będą nieba – czy tego chcę, czy nie. Pozostanie nagrobek z lastrico a dalej już będzie jak u Soucy'ego: a więc to znaczy, że nie żyje. Co dziwne, kiedy wypowiadałem te słowa, nie wydarzyło się nic. Świat nie miał się wcale gorzej niż zwykle. Pogrążony w tym samym, odwiecznym śnie, niszczał sobie jak zawsze.
Zaszczytnie byłoby wierzyć, że po śmierci wydarzy się coś jeszcze. Niestety, wszelkie próby – nawet te niepodejmowane – spełzły na niczym. Dana mi była łaska niewiary, przeświadczenie o niechybnym rozkładzie, wiecznym potępieniu, zapomnieniu. Jeżeli jednak za życia może miewałem wrażenie, że nie jestem wystarczająco pożyteczny – niech nie zmarnuję się, chociaż po śmierci niech się nie zmarnuję.
Więc spisać testament? – spytałem się paru osób. Ale w tak młodym wieku? Piotrze, czy jesteś w pełni zdrów? Czy ćpiesz? Skąd ta mentalna masturbacja? Z miejsca puknięto mnie w czoło a co bardziej cyniczni zapytali się: co tak naprawdę masz do przepisania? Na pytanie jednak czy nie chcieliby tych paru płyt, książek, które jednak udało się zgromadzić – przymuszeni zaczęli wymieniać potencjalnie interesujące przedmioty. Tak w końcu powstała koncepcja, by przy ewentualnym katalogowaniu, poza autorem, nazwą czy rokiem, warto byłoby dorzucić rubrykę komu. Potem pozostaje czekać na spadek. Spadek – o ile nie jest długiem – wydaje się jedną z najmilszych rzeczy związanych ze śmiercią.