Konar spadł na siedzącą na ławce kobietę. Na miejsce przyjechała policja i karetka pogotowia ratunkowego. Kobieta zmarła w drodze do szpitala.
Kobieta nie miała nawet trzydziestu lat. Prawdopodobnie czytała książkę, słuchała muzyki, przygotowywała się do zajęć w położonej obok
szkole językowej. Może po prostu wyszła na chwilę
odetchnąć. Śmierć ta tym bardziej surrealistyczna, że wydarzyła się w ciepły, bezwietrzny dzień na Polu
Mokotowskim. I o ile powyższa wiadomość zaginęłaby pewnie gdzieś w natłoku
innych – o kryzysie, wyschniętej Wiśle albo problemach na budowie metra – tak zmroziła z powodu innego. Osobę w tej samej szkole musiałem parę razy minąć. I to właśnie nasunęło pytanie: jeżeli to ja gdzieś, ot tak, wyszedłbym i miałbym już nigdy nie wrócić?
Będący pod wpływem alkoholu kierowca samochodu stracił panowanie nad kierownicą, w wyniku czego z wysoką prędkością wjechał w przystanek. Oczekujący na autobus mężczyzna zginął na miejscu.
Załóżmy też wersję bardziej surrealistyczną, uwzględniającą nieodłączny element kary boskiej:
Oczywiście przy samej śmierci – cytując Allena – wolę, żeby mnie nie
było. Sama możliwość wypadku zresztą mniej mrozi mnie od poczucia zapomnienia o swojej tymczasowości. Ja, młodzieniec, istota śmiertelna? Śmierć po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, nawet dziewięćdziesiątce – przy szczęśliwym trafie genów i ograniczeniu hektolitrów kawy. Kwestie ostateczne tak bardzo zostawiłem na tą bliżej nieokreśloną starość, że śmierć – póki nie minęła mnie tuż obok – jawiła się jako pojęcie zbyt abstrakcyjne. A co gorsza, zdanie sobie sprawy z niechybnego końca nie zwolniło mnie z
podjęcia w jakiejkolwiek formie doczesności.
Zginąłem jednak. Zginąłem – niechby i pod konarem drzewa, na przystanku czy też potrącony przez samochód zakonnicy. Dobrowolnie poddany chrztowi cztery miesiące po urodzeniu, dobrowolnie chowany jestem w tym samym kościele. Wspomniałem o kremacji – suchym, bezwonnym prochu. W istocie znajduję w trumnie, ciało rozkłada się, stężenie pośmiertne już ustąpiło, gałka oczna zapadła się do oczodołu, mięśnie rozmiękają... Dzieje się fascynujące. Rodzina, wujowie, wszyscy cioteczni – widzimy się średnio dwa razy do roku a widzenie to coraz częściej przybiera formy groteski. Na pogrzeb krewni przybywają jednak licznie a opowiadane o mnie historie są na ogół miłe, poczciwe. Duchowny w fioletowym ornacie odprawia mszę a podczas kazania wspomina o niezbadanych wyrokach boskich, wyrokach w rękach Boga i o tym samym Bogu, który nas w smutku pocieszy – kto mu uwierzy? Jeżeli w księgach zauważy brak adnotacji o bierzmowaniu, opowie o szansach moich na niebieskie królestwo wbrew niepewności w wierze. Być może będzie poprawiać humor zgromadzonych mówiąc, ile to niewiast straciło niewątpliwą szansę na... Na, na... Część spróbuje na te słowa parsknąć śmiechem. W kościele jednak – a tym bardziej na pogrzebie – jakoś zawsze nie wypada. Obiecanego castingu na żonę nie będzie.
Później paru głupców będzie palić na mojej tablicy portalu społecznościowego znicze. Być może ktoś wrzuci odnośnik do jednej z moich ulubionych smutnych piosenek, być może będzie to po prostu Tears in Heaven Erica Claptona. Wierzący uczestniczyć będą w mszach w rocznicę mojej śmierci – jestem pewien, że kilka zostanie mi zapewnionych przez ludzi, którzy i po moim odejściu przychylać mi będą nieba – czy tego chcę, czy nie. Pozostanie nagrobek z lastrico a dalej już będzie jak u Soucy'ego: a więc to znaczy, że nie żyje. Co dziwne, kiedy wypowiadałem te słowa, nie wydarzyło się nic. Świat nie miał się wcale gorzej niż zwykle. Pogrążony w tym samym, odwiecznym śnie, niszczał sobie jak zawsze.
Zaszczytnie byłoby wierzyć, że po śmierci wydarzy się coś jeszcze. Niestety, wszelkie próby – nawet te niepodejmowane – spełzły na niczym. Dana mi była łaska niewiary, przeświadczenie o niechybnym rozkładzie, wiecznym potępieniu, zapomnieniu. Jeżeli jednak za życia może miewałem wrażenie, że nie jestem wystarczająco pożyteczny – niech nie zmarnuję się, chociaż po śmierci niech się nie zmarnuję.
Więc spisać testament? – spytałem się paru osób. Ale w tak młodym wieku? Piotrze, czy jesteś w pełni zdrów? Czy ćpiesz? Skąd ta mentalna masturbacja? Z miejsca puknięto mnie w czoło a co bardziej cyniczni zapytali się: co tak naprawdę masz do przepisania? Na pytanie jednak czy nie chcieliby tych paru płyt, książek, które jednak udało się zgromadzić – przymuszeni zaczęli wymieniać potencjalnie interesujące przedmioty. Tak w końcu powstała koncepcja, by przy ewentualnym katalogowaniu, poza autorem, nazwą czy rokiem, warto byłoby dorzucić rubrykę komu. Potem pozostaje czekać na spadek. Spadek – o ile nie jest długiem – wydaje się jedną z najmilszych rzeczy związanych ze śmiercią.
W środę w Warszawie samochód prowadzony przez siostrę zakonną wjechał prosto na cyklistę przejeżdżającego ścieżką rowerową. Siła uderzenia spowodowała wypchnięcie rowerzysty pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka volkswagena. Na miejsce wezwano karetkę, która mogła wyłącznie potwierdzić zgon rowerzysty. Kierowca volkswagena z lekkimi obrażeniami trafił na obserwację do szpitala. Siostrze zakonnej nic się nie stało.
Zginąłem jednak. Zginąłem – niechby i pod konarem drzewa, na przystanku czy też potrącony przez samochód zakonnicy. Dobrowolnie poddany chrztowi cztery miesiące po urodzeniu, dobrowolnie chowany jestem w tym samym kościele. Wspomniałem o kremacji – suchym, bezwonnym prochu. W istocie znajduję w trumnie, ciało rozkłada się, stężenie pośmiertne już ustąpiło, gałka oczna zapadła się do oczodołu, mięśnie rozmiękają... Dzieje się fascynujące. Rodzina, wujowie, wszyscy cioteczni – widzimy się średnio dwa razy do roku a widzenie to coraz częściej przybiera formy groteski. Na pogrzeb krewni przybywają jednak licznie a opowiadane o mnie historie są na ogół miłe, poczciwe. Duchowny w fioletowym ornacie odprawia mszę a podczas kazania wspomina o niezbadanych wyrokach boskich, wyrokach w rękach Boga i o tym samym Bogu, który nas w smutku pocieszy – kto mu uwierzy? Jeżeli w księgach zauważy brak adnotacji o bierzmowaniu, opowie o szansach moich na niebieskie królestwo wbrew niepewności w wierze. Być może będzie poprawiać humor zgromadzonych mówiąc, ile to niewiast straciło niewątpliwą szansę na... Na, na... Część spróbuje na te słowa parsknąć śmiechem. W kościele jednak – a tym bardziej na pogrzebie – jakoś zawsze nie wypada. Obiecanego castingu na żonę nie będzie.
Później paru głupców będzie palić na mojej tablicy portalu społecznościowego znicze. Być może ktoś wrzuci odnośnik do jednej z moich ulubionych smutnych piosenek, być może będzie to po prostu Tears in Heaven Erica Claptona. Wierzący uczestniczyć będą w mszach w rocznicę mojej śmierci – jestem pewien, że kilka zostanie mi zapewnionych przez ludzi, którzy i po moim odejściu przychylać mi będą nieba – czy tego chcę, czy nie. Pozostanie nagrobek z lastrico a dalej już będzie jak u Soucy'ego: a więc to znaczy, że nie żyje. Co dziwne, kiedy wypowiadałem te słowa, nie wydarzyło się nic. Świat nie miał się wcale gorzej niż zwykle. Pogrążony w tym samym, odwiecznym śnie, niszczał sobie jak zawsze.
Zaszczytnie byłoby wierzyć, że po śmierci wydarzy się coś jeszcze. Niestety, wszelkie próby – nawet te niepodejmowane – spełzły na niczym. Dana mi była łaska niewiary, przeświadczenie o niechybnym rozkładzie, wiecznym potępieniu, zapomnieniu. Jeżeli jednak za życia może miewałem wrażenie, że nie jestem wystarczająco pożyteczny – niech nie zmarnuję się, chociaż po śmierci niech się nie zmarnuję.
Więc spisać testament? – spytałem się paru osób. Ale w tak młodym wieku? Piotrze, czy jesteś w pełni zdrów? Czy ćpiesz? Skąd ta mentalna masturbacja? Z miejsca puknięto mnie w czoło a co bardziej cyniczni zapytali się: co tak naprawdę masz do przepisania? Na pytanie jednak czy nie chcieliby tych paru płyt, książek, które jednak udało się zgromadzić – przymuszeni zaczęli wymieniać potencjalnie interesujące przedmioty. Tak w końcu powstała koncepcja, by przy ewentualnym katalogowaniu, poza autorem, nazwą czy rokiem, warto byłoby dorzucić rubrykę komu. Potem pozostaje czekać na spadek. Spadek – o ile nie jest długiem – wydaje się jedną z najmilszych rzeczy związanych ze śmiercią.