Franciszek Starowieyski, jeden z największych polskich kolekcjonerów dzieł sztuki, pisał: nawet tak
prymitywne zbieractwo jak kolekcjonowanie kufli wojskowych musi
odchamiać. Kolekcjonuje się bowiem po to, by poszerzać swoje horyzonty, a
nie żeby zaoszczędzone zaskórniaki w tajemnicy przed żoną wydać. (...) Zbieractwo to wewnętrzna potrzeba. Trzeba się z nią
urodzić. Pasję kolekcjonowania czasem odkrywa się przypadkowo. Innym
razem trwa ona od początku. Już jako dziecko zawsze coś zbierałem:
owady, koniczynki czterolistne, dziwne kamienie, znaczki itd. Mój brat
Kazik usiłował mnie trochę naśladować, ale nie bardzo tę moją potrzebę
rozumiał a nie można jej racjonalnie wytłumaczyć.
Bo
przecież jak racjonalnie wytłumaczyć setki płyt, do których przy
ciągłym poszukiwaniu nowej muzyki – wrócę raz, dwa, nie więcej? Rzeczy
kupowane pod wpływem impulsu, moje pocieszycielki, pośredniczki wahania
nastroju, behawioralne nagrody? Śledzenie promocji, wyprzedaży – często
po to tylko, by kolekcja związana z ulubioną postacią powiększona
została o ciekawostkę, drobiazg, rzecz co najwyżej średnią? Pamiątki,
sterty bibelotów gromadzone na półkach, w pudłach, pudełeczkach.... I
znów nowe wejściówki, karnety, gazety, stosy już gazet, różnego rodzaju
makulatura biletów, już na szczęście nie paragonów. Cała to zbieranina
po to tylko, by przypomnieć sobie: byłem, zobaczyłem, mam wspomnienia,
zostawiłem ślad. Jeżeli kolekcjonowanie musi odchamiać, odchamiałem się i czasem miewałem wręcz poczucie –
ja, najbardziej odchamiony człowiek świata. Jeżeli posiadanie dwudziestu kilku lat wiąże się z potrzebą określania się, to czułem że jak sam się nie określę – przynajmniej przedmioty za mnie to zrobią. Z biegiem czasu sytuacja
się stała się odmienna. Zostałem sługą swoich rzeczy,
zakładnikiem śmiesznej
niekiedy przeszłości, w końcu jeńcem
potencjalnych problemów: katalogowania, kartonu, kurzu. Wyprowadzania
się z równowagi.
Nie wierzyłem w ludową mądrość dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Z dzielenia się dobrymi, niekiedy ulubionymi książkami,
z pożyczania polecanych filmów, udostępniania płyt kompaktowych po prostu była radość.
Prozaicznym czynnościom przyświecała szczytna zwykle idea – umilać czas innym w sposób najwłaściwszy, w taki więc dokładnie, w jaki sam sobie umilałem. Jak też odmawiać, kiedy ktoś
znajduje na półce książkę, którą koniecznie chciał przeczytać?
Pożyczam. Jak inaczej nie chwalić wstrząsającej jestestwem lektury bez polecenie przeczytania, podrzucenia
jej komuś do torby? Samo posiadanie rzeczy nie sprawiało mi zresztą tyle
radości, co potencjalna możliwość podzielenia się. Co moje – tak myślałem – może być też trochę twoje a i pamięć wydawała się być dostatecznie pojemna, by
dopasować brakujące tytuły do osoby. Jednak gdy stanąłem przy półce – niebieskie Ferdydurke, biała Pornografia, różowe Dzienniki, beżowy Kosmos... Ferdydurke, Pornografia, Dzienniki, Kosmos... Chwila! A grzbiet cienki, fioletowy? Trans-Atlantyk? Kto ma moją kopię Trans-Atlantyku?! I już wyobraziłem sobie:
– Cześć. Jak życie?
– Piotrze, to już cztery lata, odkąd nie rozmawialiśmy!
– Prawda, kopa lat?
–
Tak, a wiesz, od ostatniej naszej rozmowy urodziła mi się dwójka dzieci, pamiętasz tamtą dziewczynę z naszej pracy? Była moją
żoną, człowiek był głupi... Chcesz, mam zdjęcia, zobacz?
– Niekoniecznie. A słuchaj, pamiętasz taką książkę, którą ci pożyczałem ostatnio?
– Książkę? Jaką książkę? Bo jak się wyprowadzałem z Bródna...
Więc tak mają wyglądać moje relacje interpersonalne?!
Zaginięcie Trans-Atlantyku. To był dokładnie moment upadku mojego lewackie idée fixe, które sprowadziło mnie – przy Gombrowiczu mnie sprowadziło – na manowce. Czternasty wniosek Atwooda: pożyczając książki, tracisz tylko te, które szczególnie chciałbyś zachować. Jeżeli pewnego dnia odkrywam, że na półce brakuje tak ważnej książki i nie znam jej obecnego właściciela, kto zagwarantuje mi że podobnych braków nie ma więcej? Mistrz i Małgorzata? Nie ma. Nowy wspaniały świat? Brak! Ulubiona książka o sodomii? U kolegi, który wyjechał na drugi koniec świata i nie wiem, kiedy wróci – o ile wróci. Fascynująca studia nad dewocją, druga – nad dewiacją? Koleżanka pożyczyła koleżance, która jakiś czas temu uległa wypadkowi, zginęła śmiercią tragiczną i jakoś tak nie wypada zawracać głowy pogrążonej w żałobie rodzinie... Zdałem sobie sprawę, że moja lekkomyślność w dzieleniu się to prawdopodobnie dopiero początek góry lodowej. Co więcej, zacząłem
widzieć siebie jako człowieka, któremu na starość – a więc być może
wtedy, kiedy głównie czytanie zostanie – półki okupować będzie tylko twórczość, załóżmy, Orzeszkowej i parę innych książek, do których to wstyd posiadać, to strach trochę zaglądać. Reszta rozniesie się po różnych, niezidentyfikowanych miejscach, nigdy nie wróci.