1.
Nie wiedziałem jak się tu znalazłem, jaka siła mnie zaciągnęła – pokój, moja postać, pozornie obce miasto. Będąc wśród sobie znanych – nikogo nie poznawałem. Będąc obecnym – cały składałem się z nieobecności. Wiedziałem jak uciec, ale i na ucieczkę nie potrafiłem się już zdobyć a tkanki własne powoli przybierały na przezroczystości. Tłum nie przestawał jednak uwierać, wżerał się, oplątywał mnie – coraz wątlejszego, coraz bardziej skurczonego. Opierając się postępującej homogeniczności – homogeniczność swoimi wiciami smagała mocniej, czyniła mnie karykaturą siebie samego. Milczałem, chociaż w środku rozpierał mnie krzyk sparaliżowania, ogłuszający huk. Jedne postacie starały się przekonać drugie do swoich racji, dyskusje nie cichły a najrozmaitsze hasła uderzały o siebie tworząc przy tym nieznośne dźwięki. Niedojrzałość! – krzyczeli jedni. Dojrzałość! – słyszałem z drugiej strony. Im głosy były donośniejsze, tym bardziej jednak nie potrafiłem komukolwiek zaufać. Oni nie chcieli tylko być – oni chcieli się stawać! Im bardziej chcieli się stawać, tym bardziej wzajemnie siebie demaskowali... Nie siedzieli tylko – wyłączne siedzenie byłoby nieadekwatne – oni uprawiali dziki rytuał autoprezentacji. Bardziej elokwentni, bardziej oczytani, ach!, byle się wzajemnie oszukać, przeskoczyć, nabrać się na siebie samych! Z pozoru niewinne wyzuty nowej treści – a jednak bolesne potwierdzenia tego, kim się tak naprawdę było.
Wydałem z siebie nieartykułowany jęk, wybiegłem jak szalony, zerwałem obcą więź. Pragnąłem tylko uspokoić swoje kruche jestestwo, pozbierać pył myśli, czym prędzej nabrać mroźnego powietrza. Poczuć, że jeszcze będę w stanie się uśmiechnąć. Przed wyjściem spojrzałem na siebie raz jeszcze w lustrze. Czy chciałem zmierzyć się z miną pogardy wobec siebie samego? Zbadać lico szaleńca, którym wówczas – tak mi się wówczas wydawało – stawałem? Ale lustro wydawało się nie być moim sprzymierzeńcem...
Nie wiedziałem jak się tu znalazłem, jaka siła mnie zaciągnęła – pokój, moja postać, pozornie obce miasto. Będąc wśród sobie znanych – nikogo nie poznawałem. Będąc obecnym – cały składałem się z nieobecności. Wiedziałem jak uciec, ale i na ucieczkę nie potrafiłem się już zdobyć a tkanki własne powoli przybierały na przezroczystości. Tłum nie przestawał jednak uwierać, wżerał się, oplątywał mnie – coraz wątlejszego, coraz bardziej skurczonego. Opierając się postępującej homogeniczności – homogeniczność swoimi wiciami smagała mocniej, czyniła mnie karykaturą siebie samego. Milczałem, chociaż w środku rozpierał mnie krzyk sparaliżowania, ogłuszający huk. Jedne postacie starały się przekonać drugie do swoich racji, dyskusje nie cichły a najrozmaitsze hasła uderzały o siebie tworząc przy tym nieznośne dźwięki. Niedojrzałość! – krzyczeli jedni. Dojrzałość! – słyszałem z drugiej strony. Im głosy były donośniejsze, tym bardziej jednak nie potrafiłem komukolwiek zaufać. Oni nie chcieli tylko być – oni chcieli się stawać! Im bardziej chcieli się stawać, tym bardziej wzajemnie siebie demaskowali... Nie siedzieli tylko – wyłączne siedzenie byłoby nieadekwatne – oni uprawiali dziki rytuał autoprezentacji. Bardziej elokwentni, bardziej oczytani, ach!, byle się wzajemnie oszukać, przeskoczyć, nabrać się na siebie samych! Z pozoru niewinne wyzuty nowej treści – a jednak bolesne potwierdzenia tego, kim się tak naprawdę było.
Wydałem z siebie nieartykułowany jęk, wybiegłem jak szalony, zerwałem obcą więź. Pragnąłem tylko uspokoić swoje kruche jestestwo, pozbierać pył myśli, czym prędzej nabrać mroźnego powietrza. Poczuć, że jeszcze będę w stanie się uśmiechnąć. Przed wyjściem spojrzałem na siebie raz jeszcze w lustrze. Czy chciałem zmierzyć się z miną pogardy wobec siebie samego? Zbadać lico szaleńca, którym wówczas – tak mi się wówczas wydawało – stawałem? Ale lustro wydawało się nie być moim sprzymierzeńcem...
W nim właśnie odbijał się stryszek domu, w którym spędziłem dzieciństwo – wkroczyłem niepewnie w tę iluzję. Stryszek ten był bodaj najbardziej tajemniczym jego miejscem, nigdy nie pozwalano mi tam wchodzić – zwykle był on zresztą zamknięty a klucz pieczołowicie ukrywany. Teraz za sprawą zwierciadła znalazłem się tam po latach, nasycałem swoją niezaspokojoną ciekawość, wchodziłem po stromych, betonowych schodach. Znowu wyczuwałem zapach gorącego, niewywietrzonego pomieszczenia, starości. Widziałem, jak kurz majestatycznie unosi się w powietrzu i leniwie przedziera się przez słoneczne promienie wydobywające się z niewielkich, zabrudzonych okienek. Badałem wzrokiem pożółkłe książki, opasłe tomy, ilustrowane notatniki. Próbowałem dostrzec zawartość drewnianych skrzyń, spacerowałem pośród palt, płaszczy kożuchów. Na samym końcu doszedłem do zdobionego, lecz popękanego lustra – nie potrafiłem jednak się w nim dostrzec. Spojrzałem się odruchowo na swoje ręce – nie wydawały mi się moimi rękami... Czyją więc postać przybrałem?
Nagle zadrżała posadzka i zaraz spostrzegłem dawno niewidzianego kuzyna. Choć twarz jego nie była wyraźna – wciąż nie byłem pewny czy to on – coś podpowiadało mi jednak: to on, ta sama postać, o której od lat nie mówiło się w rodzinie, wypierano go ze świadomości. Wiedziałem tylko, że lata temu postradał rzekomo zmysły a potem przechodził długie rekonwalescencje... Stał teraz przede mną i z trudem odchylał największą ze skrzyń. W parę chwil wypełzł spod niej wielki czarny wąż, sycząc – ruszył w kierunku wyjścia. Nim obejrzałem się gad zniknął tak szybko, jak się pojawił. Zdążyłem tylko zauważyć jego niewielką głowę z pomarańczową plamką, śliską powierzchnię skóry. Chciałem się spytać – skąd się wziąłeś, skąd ten wąż, co to wszystko oznacza? Kuzyn mruknął tylko – w końcu...
Wtedy z
pękniętego lustra wyłonił się mój chłystek, chłystek spoglądający się na mnie
ni to z rozbawieniem, ni to ze zdziwieniem. Ile już mnie obserwował? Widziałem
go jako nadzwyczajnie nieświadomego – im bardziej takim go widziałem, tym bladł
intensywniej. Co myślał? Co wiedział? Gęsta czupryna zasłaniała pół
twarzy, skulona postawa wyrażała zbicie z tropu. Z pewnością przerażał się,
samym sobą się przerażał – ja przerażałem się nim – a twarze nasze marniały z
sekundy na sekundę. Zapytał w końcu – o tym więc marzyłem?
I obaj się sobą
zawstydziliśmy.
Chciałem więc
chłystka porzucić, przed lustrem porzucić, opuścić ten przepełniony szaleństwem
stryszek, dokonać (niechby nawet i po angielsku, lepiej po angielsku) ostatecznego
rozbratu. Myślałem – proste, bieg jego wszak zakończył się, miraż mnie był już w
stanie spoczynku, próbował wyrzucić z siebie to, co przed chwilą zobaczył. Począłem odchodzić
więc od chłystka, nie chciałem go już niepokoić, widziałem z oddali powracający
jego uśmiech. Przede mną – bezlas porośnięty mchem, wyraźna linia horyzontu,
przestrzeń, chmury, w oddali monstrualne skały. I droga! Szutrowa droga!
Nadzieja! Niezależność!
Przyspieszając,
dysząc coraz bardziej, uprawiając w końcu dziki galop – stryszek znikał, wraz z nim chłystek. Z
drugiej strony zastanawiałem się – dokąd tak właściwie biegnę? Po co ten trud?
Bowiem szybko zdałem sobie sprawę, że mety przecież nie widać a droga zdaje się
nie mieć końca. I znów zaczął dawać znać o sobie zawsze niezawodny w takich
momentach skrytobójca mój, lęk przestrzeni. Podnosząc głowę – ściemniające się
niebo opadało z impetem. Pędząc ku skale – skała stawała się coraz dalsza.
Poczułem dobrze znaną mi wątłość, dygocące nogi. Potrzebowałem się czegoś
przytrzymać. Ale w bezlesie?
Wtedy doznałem
kolejnej wizji – przez mgłę, w oddali widziałem swoje postacie, wydawało mi się
– postacie dawno już zapomniane. Piskliwy ośmiolatek z krępym piątoklasistą
obok siebie, obaj w gabinecie lekarskim. Nieprzyjemna pielęgniarka w
pogniecionym kitlu, w okularach o grubych oprawach, z przetłuszczonymi włosami,
nierównymi zębami – to uciszała, to podawała ziołowe pastylki na uspokojenie.
Pytała, co się z nimi dzieje, czy chcieliby z kimś porozmawiać... Tamci –
łkający, rozdygotani, nie potrafiący się uspokoić – nie dopuszczali nikogo do
głosu. Dialogów z kimkolwiek tym bardziej prowadzić nie chcieli. Pozwalali na to, by
dziecięcy ich świat walił im się – samoistnie.
Po prawej stronie
zauważyłem w końcu rozmodlonego dziewięciolatka w kościelnej ławie. Znowu byłem
więc na pogrzebie babci. Korpulentny ksiądz celebrował tę smutną uroczystość,
mawiał o wiecznych potępieniach. Znęcał się z organistą upiornymi pieśniami –
wśród wiernych wzbudzały one kolejne szlochy. Zdawał się krzyczeć z ambony –
maluczcy śmiertelnicy! Jutro wy! Memento! Blady ja, wyznawszy swoje
grzechy, w fioletowym sweterku – znowu chciałem spożywać upragnione ciało
Chrystusa. Szczęśliwie zdążyłem wtedy już porzucić wizje, że chrześcijanie
każdego dnia popełniają rytualny kanibalizm. Tym razem jednak nie potrafiłem
przejść obok zamkniętej trumny w kierunku tabernakulum. Sparaliżowany
bliskością sosnowej skrzyni – zawróciłem. Czy miałem lęk, że ciało babci
przypadkiem nie zapuka od środka? Że
otrzymam sygnały zza światów? Że trupim stukotem uwierzę – w końcu – w istoty wyższe?
Spojrzałem się w
moim śnie wstecz – tam już kilku mnie, różnej postury, uciekających,
zamykających się w swoich pokojach. Znowu próbowano ich karać, kąsać
transcendentalną toksyną. Niedzielne absencje w domach bożych, grzechy – nie
rozumieli, czemu mieliby ich żałować, zadośćuczyniać. Niewinne, obrazoburcze
czyny – z pasją się dopuszczali...
Przerażające frazy dorosłych, życzenie sobie źle – to wszystko mieszało
się ze strzępkami słów koronek, litanii, zapachem kadzidła, odgłosem
przesuwania paciorków. Nieskuteczne próby wtrącania mnie w ramy, które nigdy do
mnie nie pasowały – one przez lata prowadziły mnie do poczucia winy, odwiecznej
kłótni siebie z samym sobą, postępującego szaleństwa. Od wtrącania tego
najsampierw chciałem się uwolnić.
W bezlesie –
wciąż nękany coraz to nowymi wizjami siebie – nie potrafiłem przestać biegać,
byle starczyło tchu. Może za najbliższą skałą... Parę metrów przed – nie
potrafiłem już złapać oddechu. Poczułem nieznośny ból w kolanach.
Najwyższy! – ja
też upadłem...
Wtedy chłystek
znowu pojawił się na horyzoncie. A więc to tak! On cały czas obserwował tę
niefortunną gonitwę, bawił się mną w sposób nieokrzesany, pastwił się
przebiegłą kontrolą, w końcu pokazał drogę – ale ku niczemu. Chłystek podszedł powoli do mnie, leżącego, oblanego
zimnym potem. On – ja, ja – on, wpatrywaliśmy się w siebie badawczo. Oto
widziałem przed sobą – kata swojego? Ofiarę? Wroga? Może jednak przyjaciela?
Dopiero teraz zauważyłem – wciąż dysząc histerycznie – jak bardzo jesteśmy do
siebie podobni. Przerwałem milczenie:
– Chłystku, i po
co to wszystko? Czemu ta gonitwa? Ten bezlas? Szuter? Parada? – wydusiłem za
jednym zamachem.
– Te twoje
zmagania z dojrzałością... – uśmiechnął się smutno i spojrzał na skały. – A
pamiętasz jak już kiedyś próbowałeś wypleniać z siebie za wszelką cenę
niedojrzałość? Jak mozolnym było to zadaniem? Byłeś już niemal gotowy do takich
zmian, że hej! Tylko, że zauważyłeś, że nikt nie zaprowadzi cię za rączkę i nie
potrafiłeś skończyć tego, co zacząłeś. Nie potrafiłeś nawet przyznać się –
takie jest życie, zdarza się nam zrobić i błędy. Błędy! Nie potrafiłeś przyznać
się sam przed sobą, przed chłystkiem!
Straciłem
świadomość.
2.
Przypomniało się:
przeczytałem jedną powieść i z czasem odnalazłem się w tej prozie. Wydawało mi
się, że miewam z twórcą te same problemy, tak samo ułożyłbym je w słowa, tak
samo się czuję a pod złożonością metafor wiedziałem doskonale, co autor miał na
myśli. Pisząc cokolwiek później – imitowałem go okrutnie, co szybko zostało
zdemaskowane.
Nie zrażając się
pierwszym niepowodzeniem, nocami spisywałem swoje doznania. Nieraz wydawało mi
się, że mimo zmęczenia – nie zasnę bez opisu rzeczywistości, w której się odnalazłem. Co więcej – przed nieubłaganie drepczącym ku mnie ćwierćwieczu chciałem
odkryć sekrety najznamienitszego pisarstwa, mieć kunszt w układaniu
zapierających dech fraz, bawić się słowem. Nie czytałem wielkich dla samej
istoty czytania – ja soki z nich wysysałem, formy... Pragmatyzmie! Przed ludźmi
udawałem skromnego, wiecznie poszukującego. W istocie – bezwstydnie zachwycałem
się swoimi zdaniami. Nie mając pokory – czytałem je dziesiątki razy,
interpretowałem na nowo. Wyobrażałem siebie – jako objawienie współczesnej prozy? Zwierzchnika problematyki
nieheteronormatywnej? Autobiograficznych demonów
Wystarczyło
jednak pokręcenie nosem kogoś, kogo darzę literacką estymą – zacząłem się
jąkać, wstrząsnęło mną, spanikowałem. Na długie miesiące pokryłem się wstydem,
zwątpiłem w siebie. Może całe moja twórczość była kpiną, rzekome osiągnięcia –
regresem? I po co, i na co to, i skąd?
W tym czasie
oglądałem filmy, które pozwoliły mi odkryć w sobie to, czego dotychczas nie
miewałem, albo inaczej – wydawało mi się tylko, że nie miewam. Niestworzone
pokłady lęku i hipochondrii? To właśnie pożerało mój, jakże inaczej –
wyimaginowany sangwinizm. Po jednym seansie zaczął–em za nieprzystosowaną
społecznie bohaterką – warczeć, szczekać. Idąc przez Śródmieście zaczepiła mnie
młoda kobieta, próbowała spytać o podpis – może w sprawie ważnej ustawy? Byłem
spóźniony, biegłem gdzieś, nie pamiętam gdzie. Na pierwszą jej wydobytą z
trzewi sylabę zareagowałem zawodzącym krzyknięciem, jękiem nieudolności,
płaczem nad światem. W moim jęknięciu wyrażało się wszystko i nic jednocześnie.
Czym prędzej uciekłem w ciemne zakamarki przejścia podziemnego, pełen
pomieszania dumy ze wstydem, ulgi z niepokojem. Odjąwszy z siebie jęknięcie
poczułem się wolniejszy. Jednak jękniecie prowokowało kolejne pytania, od
których uwolnić się znowu nie mogłem.
Otaczając się
coraz to nowymi neurotykami – wyobraziłem sobie? Stawałem się jednym z nich? Na
taki wzór i podobieństwo chciałem też uczynić ludzi wokół siebie, tych
nieskażonych, tych czystych. Nie ma bowiem abstrakcyjnego problemu – aż chce
się drążyć...
Grotesko!
Przeczytałem jeszcze biografię kobiety bezczelnej – i oto znalazłem w sobie
pokłady jakby bezczelności, nieudolnej bezczelności, jej parodii, wydawało mi
się że jestem – tylko kim? A byłem to ja, ten sam co zawsze, raczej nieudolny,
liżący po stopach wszystkich swoich fascynujących bohaterów...
Z czasem wszystko
zaczęło niby układać, tłumaczyłem to sobie – na pewno coś jest na rzeczy, na pewno
coś zaraz się stanie. Cierpliwie czekałem, prowokowałem rzeczywistość, siliłem
się na kontrowersję, marzyłem chociażby o pretekście do kłótni, wierciłem
dziurę tam, gdzie wiercenie wydawać by się mogło – zakończone. Wywiercona
dziura doczekała się odpowiedniego gwozdka, na gwozdku zawisł intrygujący pejzaż. Et tu,
słodki dramacie?! Ale niech ten pejzaż choć uwiera! Niech pejzaż stanie się
ckliwym jeleniem na rykowisku! Niech zamieni się w krzyż, w cierpienie,
przysadzistego księdza w kapie ze złotego brokatu! Nawet za cenę nieprzespanej
nocy! Nawet za cenę odruchów wymiotnych ze stresu! Kiedy spostrzegłem się, że w
moim życiu za mało było absurdalnego dramatu – absurdalny dramat przyszedł od
drugiej strony, ze zdwojoną siłą. Nie nadchodząc.
Więc leżałem:
ksiądz, jeleń, ja, krzyż, leżałem na rykowisku, wydawać by się mogło –
odpowiednim rykowisku. Przykre i okrutne przelatywało obok uszu jelenia, ksiądz
w kapie nie kończył zapewniać o bestialskiej słodkości mojej, widziałem jak
coraz bardziej ziewa. Krztusiłem się z niemocy. Nie wierzyłem w to, co się
dzieje, nie miałem torsji – dostawałem torsji. Krzyczałem – wyprowadźcie mnie z
równowagi! Bądźcie okrutni do szpiku kości! Przynajmniej zareagujcie! Dajcie
powód do płaczu! Teatru! Statusu ofiary! Zaspokojenia mojej wewnętrznej drama queen.
3.
3.
Innym razem spytano się mnie: co się z tobą dzieje, ja się pytam – co się z tobą dzieje?
I popełniłem wyrzucenie z siebie tego stanu – pani,
uprowadzono nas wczoraj na prawą stronę Wisły, okolice cmentarza,
pustka, psy dupami szczekają, znajomy prowadzi nas do zdezelowanego
warsztatu samochodowego... Zobaczycie, zobaczycie – mówi – a my
zdziwieni, wokół tylko złowroga cisza, mordercy z hakiem zza krzaka nam
tylko tu brakuje. Ale przechodzimy przez bramę, otwieramy
drzwi, drepczemy na pierwsze piętro, otwieramy i... Cóż to?
Melina? Klub? Siedziba masonerii? Magazyn przedziwnych rupieci,
stoły, stoliczki, paprotki, rury ciepłownicze, malunki, wielki
hamak od sufitu do ziemi, samowary, każdy przedmiot krył w sobie
sekret, na korytarzu na wpół otwarta czerwona trumna, zaglądam z
obawą czy zwłok w niej nie ma, rany boskie, piekło,
cała bohema sanktpetersburska musiała w tym maczać palce!
I tak
usiedliśmy, nie wiemy co się zaraz stanie,
przychodzą ludzie, dziwne rzeczy się tu dzieją, diabła wyczuwam –
a już każdy na siebie łypie wzrokiem, a już każdy nie wie, co
nawet powiedzieć. Ale idę po trunek, jakieś tam stały butelczyny,
jestem wciąż niepewny tego co się stanie. Nagle zza rogu wychodzi
– właścicielka? Właściwie lat pięćdziesiąt, może koło pięćdziesięciu – nie wiem, twarz z
twarzy bliżej wiekowo nieokreślonych – kołtun lekki, szatan w oczach, wielowarstwowa spódnica... Obserwuje mnie tak minutę, spogląda się podejrzanym wzrokiem – jezus maria, zaraz mnie do tamtej
trumny położy, ususzy! – a potem mówi: przestań się stresować, jesteś
u swoich... Ja – spięty? Kobieta – rozczulona? Zestresowałem się tam szalenie, pani, wiedźma,
zjawa, wychodzi, szepcze, że ja wśród tej całej cyganerii tutaj,
że u swoich... Co to znaczy, u licha, swoich? I już prowadzi mnie
za rączkę do roślinki przy oknie, roślina dopiero co zakwitła,
purpurą obrosła – wąchać mi każe! Z nieśmiałością okrutną
podchodzę do tej czynności, siarką mi zaraz zapachnie, ducha
wyzionę... Kobieta, mara – wyszła jednak a ja z tą rośliną w
łapce, z tym pomiotem, mało sobie tej doniczki na stopę nie
upuściłem, odstawiam czym prędzej na ten śmiercionośny parapet,
dzielnie siedzę dalej, piwo wypijam, wiedźma znowu podchodzi – a
kysz, a kysz – patrzy mi głęboko w oczy – boję się spojrzeć,
boję się tego spojrzenia bazyliszka – mówi, że przecież
pięknym, inteligentnym chłopcem jestem, skąd to spięcie (jaki mam
niby być – to mój pogrzeb, w głowie siedem trąb), na co to
spięcie! Wiedźma tak mnie widzi! I dalej mówi: wyzbądź się
kompleksów, podnieś głowę do góry, zmień postawę wobec świata
– kiwam głową, tylko kiwam głową, nogi mam sztywne, oddycham
nierówno. I znowu odchodzi. A my
siedzimy dalej, między tymi rupieciami, na fotelach, gramy w jakąś
bzdurną grę, tak do drugiej siedzimy. Ale ja o tej grze nie myślę. Myśli moje przy wiedźmie.
Kwadrans,
kwadrans... Noc – noc to jej czas
żywotności, nocą nabiera energii do straszliwych swych zbrodni. I wyłania się w końcu
z czymś na wzór wielkiego znicza, znicz ze świerszczami... Pyta
się czy nie chcemy razem z nią tak na cmentarz... Wypuścić, na
cmentarz... Śmierć – ach, dobijcie już mnie! Zbiórka,
zbióreczka, lecimy, kocyk na plecy, w końcu każdy otulony
przeróżnymi kołdrami, śpiworami. Idę jako odważny przodem, szukamy sekretnego wejścia i już jesteśmy na żydowskim – z kocami,
zniczami, świerszczami. Kiedy większość czuje się przynajmniej
nieswojo – pokazuję, jaki to odważny jestem wobec żydowskich
nieboszczyków, od stu lat już martwych. Daję znać że ja się
tak naprawdę to niczego nie boję, ach, czego tu się bać!
I idziemy
tak, prawie trzecia, świerszcze, rozkopane groby, i tak siedzimy na
tym cmentarzu, pani otwiera ciepłą wódkę, podajemy sobie dalej, wznosimy toasty,
świerszcze wychodzą, jakieś nieżywe są, nie dziwię się – pewnie
połowa już przy niej zdechła – a pani opowiada historie z życia,
pani prześwietliła wszystkich wzrokiem.
Czy miała rację?
Pewnej nocy
pobiegłem pod prysznic, nagi – znowu miałem przed oczami poszczególne wersy, z
boku atakowały mnie wymyślne nagłówki, gorąca woda była słowami, czułem jak mój
mózg wymienił się na role z maszyną do pisania. Odurzałem się! Zgrozo! Samym
sobą się odurzałem, sam dla siebie stawałem się używką, wlewałem siebie we
mnie, kropla po kropelce, haust po hauściku... Wierzący – był to Spiritus
Sanctus? Niewierzący – Carrie Bradshaw na absyncie?
Jeszcze w
ręczniku zadzwoniłem do przyjaciela, dziwnym zrządzeniem losu odebrała jednak
kobieta. Począłem omawiać z nią wszystkie moje bolączki, zupełnie jakbym był na
psychoterapii, albo jakbym rozmawiał ze spowiednikiem. Teatrze! Teraz na pewno
wcieliłem się w zupełnie innego bohatera, na pewno kiedyś musiałem przeczytać
coś, co głęboko wwierciło się w świadomość. Teraz to na pewno nie ja! To tamci
bohaterowie! Mój kryzysie tożsamościowy! Co zostanie po mnie, kiedy odsączę się
od społeczeństwa, od tej gwałcącej mnie socjalizacji?
Następnie
przejrzałem wszystkie zaburzenia osobowości, psychiczne, rodzaje psychoz.
Zorientowałem się – tak, tam jest o mnie prawda! Jestem zdiagnozowany
klinicznie! Jestem jednym z nich! Prawdopodobnie nie jestem wyjątkowym
przypadkiem, na pewno nim nie jestem, aczkolwiek nikogo wcześniej i
prawdopodobnie nigdy takiego jak ja już nie spotkam. Ta teatralność, ta mętna
ekspresja wyrażania siebie? To wszystko zostało już spisane przez głowy ode
mnie mądrzejsze, ode mnie poważniejsze, ale – czy normalniejsze?... Zdałem
sobie sprawę – czas nadejścia diagnozy musi wkrótce nastąpić. Bez wiedzy o
sobie, bez wiedzy o popadaniu w błędne schematy – nie pójdę przecież dalej.
Chłystek mój musi zostać potraktowany wiedzą! Studiami nad sobą!
I znowu
popatrzyłem w lustro, i już się zacząłem śmiać, z siebie samego zaczynałem się
śmiać histerycznie, smyrałem siebie tym śmiechem. I nagle przestraszyłem się
snu, który miał nadejść.
4.
Miałem w sobie
przypadłość – wolałem przebywać wśród starszych. Nigdy nie czułem się wobec
nich równy – za kogo ich więc miałem? Zazdrościłem im najpewniej. Oni natomiast
pamiętali o mnie, troszczyli się a każdą niezdarność moją tłumaczyli wiekiem.
Czy nie traktowali mnie z pobłażaniem? Owszem. Tylko jako coraz bardziej
świadoma siebie kulka cudowności pozwalałem siebie tak właśnie traktować.
Jak zresztą – jeśli nie z pobłażaniem – traktować chłystka, którym byłem?
Robiącego niegroźne minki? Peszącego się na słowo wagina? Miesiące
leciały nieubłaganie, więc i ta maska musiała z czasem zacząć mnie uwierać...
Z większością
rówieśników utrzymywałem natomiast dystans. Czułem się wobec nich
niedostosowany. Zdawało mi się, że mówię i myślę zupełnie innym językiem,
dojrzalej widzę świat. Traktowałem ich niekiedy jako – ciekawostkę
przyrodniczą? Badacz pośród dzikich? Czasem miewałem wręcz myśli, że oto
posiadam zdolność prześwietlenia ich na wylot. Jak zgubne i zbawienne zarazem
było to myślenie.
Pierwszy raz od
kilku lat dopadła mnie sytuacja rodzinna. Chmara starszych kuzynów, wujowie,
ciotki... Spoglądaliśmy się na siebie badawczo, niepewni tego jak się zachować.
Utrapienie, wstrząs, czarna rozpacz – oni chcieli mnie widzieć okrutnie.
Spodziewali się najpewniej, że Piotruś znowu dmuchać będzie dwie świeczki na
czekoladowym torcie, dadzą mu spróbować mu winka, potem w kącie bawić będzie
się klockami. Nastąpiła jednak konsternacja – Piotrunio stał się Piotrem,
świeczek już nie dmuchał, wino sam sobie ochoczo polewał. Zamiast pójść do
swoich zabawek, pytania zadawał! Sądy wyrażał! Co gorsza, pytania były bardzo
konkretne, sądy – okrutne. Młodzi tak teraz mają... – odpowiadali
niemal na każdą próbę dysputy – ale jak ty wyrosłeś, kto by pomyślał! Pućki na
szczęście te same, przynajmniej pućki...
Przede wszystkim
jednak obserwowałem kobiety. One dowodziły tą sytuacją, one miały z niej
największą radość. Z nabożną czcią kroiły ciasta, robiły sobie dokładki,
wymieniały się przepisami, dietami, prowadziły babski small talk.
Święte, szare, zaniedbane, większość z nich predestynację znalazło w byciu
żonami swoich mężów, matkami dzieci swojego męża, odmieniały swoich mężów przez
wszystkie przypadki: mąż, mężem, mężami... Niektóre modliły się: byle nie pił,
byle nie bił! Ich twarze wyrażały pustotę, wręcz akceptację tej pustoty. Ich
czoła, jeżeli były już poorane zmarszczkami, to na pewno nie od głębokiej
myśli. Wieczory spędzały najczęściej przed telewizorami, książek nie czytały od
dziesiątek lat – tak były wyczerpane. Nie wiedziały, że pod wieloma względami
życie ich przypomina życie ameby.
Była tam też
niewidziana od lat ciotka, rycząca teraz czterdziestka. Poprzednie mówiły na
nie: damesa.
Z pewnością nie miały ze sobą wiele wspólnego. Ta
stanowiła antytezę ich? Swojego konkubenta? Ciotka Damesa była szczupła,
zadbana, prosto z manikir, pedikir... Ubrana w zwiewną,
odsłaniającą zdecydowanie za wiele – za wiele jak na tę uroczystość – suknię.
Żywe spojrzenie zdradzało znajomość twórczości wielkich, w istocie – świetnie
była wykształcona, znała kilka języków, miewała częste podróże służbowe.
Onieśmielała swoją bezpośredniością. Zaraz kazała zwracać mi się do siebie po
imieniu – ciociaciociaciocia, mów mi Żanetka! – na mój widok
oniemiała. Wstawiona będąc żartowała, że patrzy się na mnie niemal jak na
swojego młodego ogrodnika... Ogrodnika! Antydamesy, oczywiście jak jeden mąż,
zerwały się z miejsc i patrzyły się na nią z politowaniem. Później obserwowały
się nawzajem czy miny ich wystarczająco to politowanie wyrażały. Jeżeli jedna
spóźniła się z miną, myślały o niej po cichu – ty kurtyzano, ty skryta
jawnogrzesznico, ty dziwko zdeprawowana... Czy same jednak nie marzyły Bóg ich
wie o... o... mężuś, mężulek...? Ciotka Damesa z pewnością nie jednego jurnego
chłopca przyciągnęła do siebie, nie jednego skusiła i nie jednemu pokazała
nieziemskie rozkosze życia doczesnego
Były tam też
kobiety pełne cynizmu, wiecznie samotne. Jeżeli już zwracały uwagę na ciotkę –
patrzyły się na nią jak na dziwadło. A może obawiały się, że takimi się staną?
Dziesięć lat? Piętnaście? One z takich rodzinnych spotkań zwiewać chciały jak
najprędzej. Pod pozorami szczęścia – szukały prawdziwych miłości, prawdziwego
partnerstwa bez uznawania kompromisów, wiecznej przygody. Przede wszystkim
jednak – co w obliczu mężczyzn było bronią najgroźniejszą – cechowała ich
inteligencja. Chadzały na wernisaże, bywały w teatrach, używały kulturalnej
mowy... Ale były zbyt stare, by odnaleźć wymarzony, choć dawno wymarły gatunek
– giętki umysł, inteligencja, książę. I jeszcze zbyt młode, by otoczyć się
kawalerią kotów.
Z nimi
przebywałem najczęściej.
One z kolei
podchwytywały słodkość i wrażliwość chłystka, zapraszały do siebie. Rozumiałem
smutne dwudziestki, nawet jeśli niektóre mnie przerastały, wchodziły na głowę –
widziały mnie jako kompletnie sfeminizowanego. Opowiadały o najgłębszych
zakamarkach swojej duszy, wszystkich rozterkach, tuszach, krostach na... Zawsze
chciałam mieć kogoś takiego jak ty – mówiły – pójdziemy
może kiedyś na zakupę? Zamierałem wtedy.
Ale co chłystek
miałby robić między ryczącymi trzydziestkami? Co może łączyć chłystka z
kobietami na zakręcie? One z sercami wielokrotnie łamanymi, po prawie
wszystkich możliwych perturbacjach, jeżeli nie – to perturbacjach
wyolbrzymianych. Historie z czasów młodości? Nie. Zainteresowania? Nie zawsze.
Opowieści o wspólnych znajomych? Niewielu ich, to i ten temat mógłby wyczerpać
się szybko. Odkryłem wtedy: to przecież instynkt macierzyński ich tak do mnie
ciągnie. Bez dzieci, bez kotów – w radosnej stronie chłystka pławić się
chciały. On im ukojenie miał dawać, odmładzać przynajmniej. Wyzbywszy się
swoich poczwarkowatych form, zaraz za nimi zatęskniły. Nie mogąc popadać w nie
znów, myślały o mnie by samym sobie przypomnieć lata młodzieńcze: wzdychanie do
plakatów z Georgem Michaelem, pierwsze wzloty i upadki miłosne, dziewiczą
czystość i naiwność, w końcu – niepomarszczone szyje, brak kurzych łapek...
Ryczące
trzydziestki nie przewidziały jednak – chłystek mój zgorzkniał, posiwiał. Piotrze, skąd
twój cynizm – pytały – czy nie za wcześnie aby na to?
Dysonans malował się na ich powoli wiotczejących twarzach, nerwowo mieszały
łyżeczką cukier w filiżankach, zapalały kolejnego papierosa, kładły na spodek
kolejne ciasteczko. Widziały niedawno słodkiego chłopca, ale teraz on
– mimo wizualnych uroków słodkiego chłopca, którego o dowód osobisty wciąż
pytają – słodkim chłopcem już nie był, słodycz ta podszyta była goryczką.
Obawiałem się! Wyląduję jako produkt przeterminowany, zużyty – bo jak jeść
czekoladę, która i z białym nalotem, i wcale niesłodka? Powoli zacząłem
stresować się każdym spotkaniem. Byle zachować świeżość! Byle się nie wydało!
Bardzo je lubiłem.
Mężczyźni?
Większość
mężczyzn nie traktowała mnie jako równego, co więcej – nie chciałem, by
traktowała mnie jako równego. Nie wciągałem się w ich gierki, przechwałki.
Słuchając jak rozmawiali widziałem ich jako małych chłopców porównujących swoje
przyrodzenia. Samochody? Dłuższy! Krótszy! Ja uznawałem wyższość transportu
publicznego, tablice autobusowe zbierałem... Kobiety? Grubszy, cieńszy,
figlarny! Ja... Podchody i gierki do lal, do dupeczek przerastały
mnie, byłem zdegustowany. Z wieczorów kawalerskich – na panieńskie wciąż mnie
nie zapraszano – wychodziłem pełen traumy. Kiedy próbowano mnie zaciągnąć na strip-tease,
krzyczałem: nie będę oglądać poniżających się przed samcami kobiet! Nie chcę
myśleć o czym będziecie później myśleć... pod... pod...? Kiedy stałem sam pośród
kobiet i przechodzący akurat mężczyźni tylko mi rękę podawali, resztą ignorując
– rugałem, co z czasem zaczęło wzbudzać podejrzane ich uśmieszki. Taka wasza
męska solidarność? Wasz maskulinizm? A kobiety wokół, te przyszłe coachki, te
przyszłe adiunktki, przyznawały mi rację – nadszedł czas feministycznego
przewrotu! Nie damy się uciskać, nasze dłonie nie będą niewidoczne, nie
będziemy nosić burek! Po chwili namysłu krzyknęły chórem – rąk też na pewno
podawać nie będziemy! – i zażądały przepuszczenia w drzwiach. Mężczyźni
widzieli jednak zainteresowanie moje kobietami. Kiedy problem nastawał, stawałem
się najbliższym im przyjacielem, najlepiej im doradzającym. Zalewali mnie
szczerymi łzami, historiami czasem wzruszającymi, czasem godnymi pożałowania.
Do jakich rzeczy razem po kilku głębszych dochodziliśmy... Chcąc im się w końcu
zrewanżować opowieściami swoimi, odwdzięczyć za te wszystkie lale,
wesela, podloty i tańce godowe – milkli, bledli, przypominali sobie znaczenie
słowa abstrakcja,
przerażali się. Woleli unikać bezpośrednich rozmów na te czy
inne tematy. Co za bezeceństwa w głowach sobie wyobrażali?