Każdy dziadek i każda babcia po przekroczeniu pewnej magicznej granicy
wieku stają się tacy sami – z tymi samymi nawykami, zwrotami,
zachowaniami, manierą... Dla mnie jest to obserwacja jakby innego
świata, jakby jakieś cuda działy się tutaj.
Ale tak naprawdę – nie dzieje się nic.
– Powiedz mi natychmiast, na kogo głosowałeś?
– Na Palikota.
– Domyślam się, młody jesteś, kościółka unikasz, to i na kogo innego...
– A Babcia głosowała?
– Tak, tak, na Tuska, bardzo go lubię!
I
nie mówi już, że jak trwoga, to do Boga. Trwogi mi raczej nie życzy, to
i przy moich kontaktach (brakach) z panem B. się nie upiera. Nie
słyszałem też, by zmawiała ostatnio zdrowaśki. Być może znalazła inny
sposób na medytację. Do kościoła przestała przychodzić – to kościół
przychodzi do niej. Dowiedziałem się o tym przypadkiem, w pewne piątkowe
przedpołudnie otwierając wejściowe drzwi. Szczęść Boże! – robię duże oczy – szczęść... boże. Babcia już zniecierpliwiona, w sieni, wejście na hasło k+m+b,
woda święcona, figura Jezusa na krzyżu w pełnej gotowości. Młody, jurny
ksiądz, wikary nasz, tym bardziej! Zwiewam na piętro, podczas gdy tam
na dole...
Dziadek myślał kiedyś, że zostanę księdzem. Babcia mu
jednak to wyperswadowała. W końcu tak za dziewczynami nasz Pietrek lata
(he, he!).
– Pamiętam, babcia ma dziś urodziny...
– A skończyłam dwie kosy!
Ostatnio
opowiadała, jak dzwoni do niej czasem taka miła pani, na rozmowę o
wierze ją zaprasza. Pewnego dnia zaczepiło ją na Grochowie młode
małżeństwo, sympatyczni ludzie, wręczyli broszurki, poprosili o telefon,
też chcieliby porozmawiać. Babcia w gruncie rzeczy cieszy się, porozmawiać zawsze może, broszurki przeczytała, nawet chciała odnaleźć
tych ludzi, może jeszcze im się przydadzą. Odparłem – sam
bym chętnie tak podyskutował, nowi ludzie, nowe perspektywy! Wręczyła broszurki. Przestraszyłem się. Zapomniałem, co mogę na nią
niechcący, w najmniej nieoczekiwanym momencie, zesłać.
Częściej
wymieniamy między sobą książki. Z tym, że proza mierzi ją i nudzi
śmiertelnie. Babcia szczególnie upodobała sobie biografie. Może uznała,
że jej życie nie obfitowało w wystarczająco wielkie wydarzenia, te
znajdzie więc w mniej czy bardziej opasłych tomach. Kiedyś podesłałem jej książkę Jacksona –
przeczytała prędko, nie kryjąc zadowolenia. I się zaczęło! Niedawno była
Villas, potem Janda, Wałęsowa, Mann z Materną, w końcu Czubaszek...
Maria Czubaszek! Zimowego wieczoru siedzimy przy herbatce, Babcia
opowiada (śnieg, piec, obiad, keks), w sąsiednim pokoju wieczór z
Lisem, tam wyskakują jak z czarodziejskiego kapelusza i Czubaszek, i
Cichopek, i Kempa, i Nowicka, i smutny pan z pisu. Ile
radości na raz! Natychmiast przerywa opowieści, siadamy przed
telewizorem, Babcia – moja konsternacjo! – kibicuje Czubaszek. Starej
aborcjonistce kibicuje! Ale wspieram ją w tym, i już drwimy z Kempy, i
irytujemy się Nowicką, i dziwimy na smutnego pana. Teraz bardziej niż o
życie narodzonych dbają o nienarodzonych! Już kończąc herbatkę – nie
wytrzymała, sama zaczęła opowiadać o smutnych urokach macierzyństwa. Poprosiła o więcej Czubaszek. Dwa dni później czyta zakupione przeze
mnie wywiady Andrusa, ciekawe, opowiada o tym jak to tacy ludzie też są też
potrzebni. I nawet w tym momencie jest przewrotnie, Maria bowiem leży na
książce zupełnie innego kalibru. Przekroczyć próg nadziei. Wspólne wyjście na Paradę Równości więc pod znakiem zapytania.
Inny
poniedziałek, dziesięć przed siódmą. Moszczę się w pościeli, odsypiam
noc, jeden po drugim wizualizują się sny, ze snu wybudza mnie jednak
Babcia, mara Babci właściwie. W domu nie ma zwyczaju, by zamykać do
siebie drzwi czy nawet pukać i czekać na proszę.
– Oj, słyszałam kroki! To pewnie już wstałeś. – i zaczyna swoją historię.
–
Nie, ja śpię, sen, rem... – mówię niepewnie, zawieszony jakby w fazie,
kiedy sen już się skończył, ale świadomość rzeczywistości jeszcze nie
nadeszła. A może Babcia po prostu się śni? Ciągnie jednak dalej: kąpiel,
myła włosy, w piecu wygasło, Ryśkowa, jutro ksiądz, buty przy
drzwiach, widziała, to znaczy jestem, nie ma niebezpieczeństwa,
schowała pod kaloryfer, mokre. To drzemię teraz, naprawdę? Ale włosów
przypadkiem nie myłem? Z mokrymi z domu nie wyjdę, rozchoruję się,
zapalenie... Mam co na śniadanie?
– Nie. Ja spałem... Spałem!
– Ale kroki słyszałam... To pewnie jeszcze podrzemać chcesz.
Wcale a wcale.
Budzik nastawiony jest na 9:20, ale już tak wsiąkły we mnie te
wszystkie leki, księża, włosy, buty, że już nie pójdę spać. Tak będę
leżeć!
A już wspomniałem: może znajomi do mnie wpadną na dwie, trzy,
może cztery noce, mają swoje ferie, urlopy, miejsca pod dostatkiem.
Milczała. Przyszła następnego dnia, zamyślona, już widzę: oto szykuje
się dłuższa rozmowa.
– Mówiłam Dziadkowi... (teraz na pewno łatwo nie pójdzie).
I
już cała dyskusja o znajomych: jak to dobrze, mam
znajomych, w końcu jeżdżę po Polsce, oni z tej Polski do mnie, otwarty
dom, doskonale, cieszymy się na przyjazd, nieważne czy chłopaki, czy
dziewuchy. Tylko nie rób imprezy, nic głośnego... Ale żebyście alkoholu
nie pili, tylko troszeczkę jak już. Nie wiem czy wiesz, co ludzie mogą
robić po alkoholu [no to akurat ja z autopsji znam]... Ale kto to? Ja
znam? Wiesz, młody jesteś, nie znasz ludzi, więc trochę się boję, ale
nie mam nic przeciwko. Dziadek się niepokoi tylko [dzięki sędzinie
Wesołowskiej teraz każdy człowiek na ulicy to dla niego potencjalny
morderca, złodziej, łajza]... Sześć lat znasz, no tak, ale i tak nie znasz
ludzi, mamy z Dziadkiem trochę doświadczenia [rozkradną dom, rozdziobią...].
Ale puenta: nie miała nic przeciwko. Tylko w
kulminacyjnym momencie – oglądamy filmy, dziesięć osób, temperatura na
dworze minus dziesięć – zepsuł się piec, Dziadek zakręcił wodę, w
pokojach nastąpiły stany arktyczne. Można powiedzieć: nieszczęśliwy
wypadek. Ale może podświadomością spowodowany? Cel jednak został
osiągnięty, i zaraz część osób się wykruszyła.