Dojść po zmroku do Różowej Kotłowni* oznacza – dojść boczną drogą, po
ciemku, po omacku, obok stadniny, obok bram ze szczekającymi psami.
Dojść – to spotkać przy numerze 21A pitbula swojej ciotki, Bimberka.
Później – posesja 21B małżeństwa dystyngowanych lekarzy. Oni psy mają
już dwa, pierwszy ewidentnie jest piątej wody po kisielu mieszańcem
owczarka niemieckiego z dobermanem, drugi to bliżej nieokreślony
rottweiler. Kiedy mieszaniec niedawno znowu uprawiał dziki szczekot na
mój widok, zapaliły się światła na werandzie, wyszedł sąsiad-kardiolog,
szlafroczek, filiżaneczka, ciepłe kapcie. Już wyobrażałem sobie jak
szczekot musiał bałamucić doktorowy, dystyngowany świat.
– Dobry... – przywitałem się pro forma, nie siląc się na grzeczność.
– Dobry wieczór, dobry!... Monster, spokój!
Monster! Psa Monster
nazwaliście! Taki ten wasz dystyngowany, doktorski humor! To
niespokojne bydlę, ten zwierz – Monsterem, to się kupy trzyma! Kardiolog
chowa się ze swoją herbatką (pies ujada dalej), już siedzi w swoim
przytulnym salonie, żona w maseczce, na drutach...
Ja – następna
posesja, mijam wujkową stadninę. Tej strzegą również dwa psy, dwa
przeciwieństwa. O ile pierwszy to kundel przyjaźnie nastawiony do
świata, tak drugi – drugi to Bestia. Już Doyle pisał: czarny jak
węgiel, olbrzymi – taki, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego
śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał ogień, ślepia żarzyły się
jak węgle, a po całym jego ciele pełzały migotliwe płomyki. Nigdy nawet w
majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie dzikiego,
przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który padł na nas z
tumanów mgły.
Bestia nie służy bynajmniej do pilnowania koni,
Bestia służy do straszenia reszty sąsiadów, armagedonu. Ile zbrodni na
niej sąsiedzi już planowali – a Bestia na nich! Niech tylko Bestia
znajdzie sposób, by wyjść na wolność, dziurę, szczelinę, pozostawioną
przez Stajennego albo Ciecia otwartą bramę... W dzień trzyma się Bestię w
klatce, klatka z wysokim murem, drutem kolczastym. Ten drugi założono,
kiedy Bestia nauczyła się już przeskakiwać mur. Z drutem już tak nie
ryzykuje. Co jakiś czas dzienny przechodzeń widzi najwyżej kawałek łapy,
pazura. I tak jest groźnie.
Wracam znów pewnej nocy, słyszę
szczekanie. Nic sobie z tego nie robię, szczekanie bowiem to nieodłączny
element nocnych powrotów. Znów więc jesteśmy sami: ja z telefonem przy
uchu, nieoświetlona droga, Bimberek ciotki, doktorowy Monster i ten
drugi, Bestia... cisza... ale Bestii nie ma.
I prędko się rozłączam,
już słyszę bieg, psi tętent, dziki szczekot, Bestia nie strzeże koni,
Bestia jest na wolności! Uciekać! W tył zwrot! Rozszarpie, zje, wypluje!
Bestia jednak szybsza, dobiega, rzuca się na mnie – ofiarę, już słyszę
rwanie materiału, torba już nie pusta, torba styka się z bestialskim
kłem, śliną. Nie dość jednak tego, torba to wciąż za mało! Potwór
wyczuwa lęk ofiary, gdy wyczuwa lęk ofiary – kąsa mocniej. Celuje we
właściciela, w pośladki celuje! Ratunku! Dżins się rwie, Bestia już
rozpoczynałaby pośladkową ucztę, trafia w końcu w udo, udo we krwi,
zdążam się wyślizgnąć, piesek rezygnuje, oboje się wycofujemy, już mnie
Monster z Bimberkiem witają z powrotem, warkotem witają. Bestia wraca
wesoło hasać dalej, polować.
– Tato – dzwonię – jestem ranny, Bestia hasa, mam własnego wujka na policję zgłosić?!
– Jadę.
Ojciec
nadjeżdża z odsieczą, nie wiem tylko czym odsiecz się jeszcze zakończy.
Dojeżdżamy do bramy stadniny, udo wciąż krwawi, piecze, Ojciec dobija
się, trąbi, wyjdźcie, pogadamy! Zapala się światło, w tym czasie
następuje szybki przegląd schowka samochodowego, przerzucanie papierów,
dokumentów, opakowań leków. To na serce, to na uspokojenie – skąd on to wszystko ma?! – to też.... a to jest najskuteczniejszy środek, synu.
Wyciąga pistolet.
Wychodzi Cieć.
Ranyjulek!
Więc Ojciec zamorduje Ciecia! Ojciec! Ja już nie mam Ojca, ja mam
Bestię! Cieć zbliża się, w cieciowej nieświadomości, nieświadomości –
jasna rzecz – zamroczonej alkoholem. Siergiej, może Wołodia, włóczy się
na chwiejnych, cieciowych nóżkach. Siergiej, uciekaj, tu cię zabiją!
Ale Siergiej zaskoczony, jak to, psinka na wolności? Pilnował,
pilnował, jak do tego doszło? Oglądam wszystko z samochodu, cały ten
thriller, już Siergiej widzi broń, już słusznie się boi. Daruj mu życie, daruj Siergiejowi!
Cieć przeprasza, kaja się, ale już dostał taką wiązankę słów, że skulił
się w całej swojej cieciowatości. Ja już prawie za niewinnym
Siergiejem, już zapomniałem że...
Nic tu jednak po nim – bo Bestia
jednak nadbiega, wyczuła nową ofiarę, nowa krew, trochę uda to za mało,
ciąg dalszy psiej celebracji! A Ojciec już się pewnie cieszy, skoro nie
zabije Ciecia, to psa chociaż zabije! Pies się jednak rzuca, Ojciec
krzyczy na niego, wzajemnie się przekrzykują...
Słychać strzał. Drugi...
Pistolet jest prawdziwy.
Cieć
zwiewa. Wariat, wariat! Zabili Bestię! Bestia jednak cała, pozbawiona
już bestialstwa, ucieka razem za nim, też wystraszona... Pistolet jest –
niestety – gazowy. Może radziecki?
– Ale im pokazałem, co?
– Eee... Tato?
Dziś
po Bestii ani widu, ani słychu, nie wiem też jak potoczyły się losy
Ciecia. Może strzeże tej samej stadniny, może innej, pewnie dalej pije,
chwieje się. Bestia szczepiona, moje zdrowie niezagrożone. Została
pamiątka, niewielka blizna. Pod pośladkiem. I lęk, że Bestia znowu
wróci.
Z Bimberkami i Monsterami jeszcze jakoś sobie radzę.
*
Różowa Kotłownia istnieje naprawdę, tj. jest różowa, i jest kotłownią.
Budynek służył kiedyś za pomieszczenie na piec, piec służył do
ogrzewania szklarni, w szklarniach pracowali różni Jurije, Oksany,
Wołodie, Michaiły, imigranci zza wschodniej granicy spali w
pomieszczeniu obok pieca. Ale teraz to pomieszczenie nie do poznania,
kanapa, kominek, bieżąca woda. Szarości i porno-rozkładówki na ścianie z
wampów, penthausów zamienione zostały na żółcie, brązy i grzeczne
plakaty w antyramach. Pewnego dnia Ojciec postanowił – bez porozumienia z
pomieszkującym tam synem – otynkowaną już Kotłownię pomalować, farbę
zakupił – rzekomo beżową. Nieświadomość! Beż okazał się różem, tym samym
różem dziewczynek ze starszaków. Ekipa ma pędzle w dłoniach od godziny,
nie wtrąca się, pan R. kazał malować na różowo, będzie różowo! Wracam z
pracy, jeszcze dnieje a połowa kotłowni już... Czym prędzej zatrzymuję
ekipę, dzwonię, co się dzieje, ja tam pomieszkuję, dlaczego mnie tak
karzecie! Różem mnie karzecie! Ojciec – zdziwiony, miał być beż, przecież beż to nie róż. Jak beż, skoro widzę róż! Ale miał być beż!
Ale róż w końcu został, róż połączyliśmy z fioletem, utarło się jednak – Kotłownia została Różową.
Wszystkie
postacie w tym tekście są zmyślone, a wszelkie podobieństwo do
jakichkolwiek. osób żyjących lub zmarłych jest najzupełniej przypadkowe.
Doktorowa: akurat!