poniedziałek

O przemijaniu

Teoretycznie skończyłem fazę postpubertalną. I bardzo źle się z tym czuję.
Mniej więc piję, już nie palę, rzadziej biegam. Pracuję na piątym piętrze w rzekomo rosyjskim biurowcu, gdzieś na granicy Śródmieścia i Starego Mokotowa. Często dojeżdżam tutaj rowerem. Na miejscu mam swojego laptopa, niebieski kubek z ikei i parę kroków do ekspresu. Nie wjeżdżam na górę windą, bojąc się że znowu spadnie do niej pół przytrzaśniętego szybem gołębia. Unikam zresztą wind – to już trzynaście lat – odkąd zablokowałem się w jednej. Z całą murzyńską rodziną.
Ćwierć doczesnego życia spędzam w dojazdach, najczęściej między Mazowszem a Małopolską. Ale byłem też w Białegostoku i nocowałem w ortodoksyjnym ośrodku prawosławnym. W przyszłym roku chciałbym pojechać do Amsterdamu, Lwowa albo przynajmniej do Budapesztu. To moje małe marzenia.
Nie mam klamek w drzwiach. Wciąż trzymam szampon w białej, plastikowej matce boskiej licheńskiej. Kiedy czuję się źle, nalewam do wanny gorącej wody, wsypuję sól do kąpieli, rozbieram się, kładę puchaty ręcznik na grzejniku, wchodzę do środka i powtarzam sobie: jesteś bezpieczny, jesteś bezpieczny...
Bardziej zwracam uwagę na sposób przyrządzenia herbaty. Piję ją najczęściej z czarnego, półlitrowego kubka. Albo białego, mniejszego, z postacią Czesława. Pierwszy to prezent na 11. urodziny od osoby, której dziś udaję że nie widzę. Drugi zabrałem Ojcu.
Nie przestałem być największym krytykiem siebie. Szczególnie przeżywam poszczególne kilogramy swojego ciała. Boję się, że waga znowu przekroczy 80 kilogramów a dżinsy – rozmiar 31 – znowu zaczną przecierać się w kroku. Miewam z tego powodu złe sny. Prawdę powiedziawszy to koszmar, z którym muszę zmierzać się każdego dnia.
Nie mam najlepszych relacji z Matką.
Wciąż boję się pisuarów.
– Ja z niektórymi to widziałem się rok, może pół roku temu. Ja nie pamiętam, nie pamiętam! Kto się czym zajmuje, kto z kim ten–ten, jak z tym i tamtą, to może jeszcze tego, może tamtą to nie?
– Co u licha?
– Nie wiem! No nie wiem! Separuję się od ludzi, nieświadomie, ale separuję! Moja wina, może nie? I się rozmowa nie klei, w autobusach, gdzie indziej! A może się klei! Soboty, niedziele, na zajęciach, nie ma czasu, nie ma ochoty, inne soboty, inne niedziele, ja siedzę w rozkroku między Krakowem, Katowicami, a w środku tygodnia to wszyscy tu, tam, ja w pracy, oni gdzie indziej, poszli w swoje, gdzie indziej, ja też w swoje, to tak już ma wyglądać?...
– Ale jaki ty masz problem?
– Nie mam! Mam! Nie mam! Ale gdzie te czasy, kiedy wszyscy mieli czas na wszystkich, życie było prostsze, mniej jakby bolało, świadomość, śmierć, świadomość! Jak wygodniej było żyć bez świadomości, że jak już się będzie miało dwadzieścia–kilka lat, to dopiero będzie! Ale co będzie? Co jest?