(datowanych listopad '08 – kwiecień '09)
Zdałem sobie sprawę
podczas porannej podróży autobusem, zasłyszawszy życiową i
kwiecistą wymianę zdań (ironio, nad listą ponad dwustu
czasowników) – moje życie to pasmo zdarzeń
co najmniej nudnych.
Rodzona siostra nie
przepracowała ani chwili w chłodnym magazynie, nie obsłużyła ani
jednego klienta w butiku, nie przepisała ani jednego tekstu, nie
odbierała telefonicznych zamówień na pizze a mimo wszystko sto
złotych zainkasowała. Wystarczyło zdjęcie i donos do jednego z
popularniejszych serwisów plotkarskich. Poczucie wstydu?
Drżyjcie, celebryci?
Brata uczę czytać na
książkach znalezionych na strychu. Póki co nie wiem jak
wytłumaczyć pięciolatkowi, że dobrze znane mu litery można
łączyć w wyrazy a te w zdania. Nie przejmując się pedagogiczną
niedolą, na tenże samym strychu będąc, odkryłem stare swoje
komiksy. Ponownie wspaniale uzupełniają wolne miejsce na półce.
Od porannego wyznania
chyba nie czuję się najlepiej po matczyne
masz anginę, widzę czopy ropą podszyte, nawet nie waż
się wychodzić z mieszkania minęło zaledwie kilka godzin. W
tym czasie blat mój zdążył zamienić się w platformę pokrytą
zawartością połowy przeciętnej apteczki zielarza: kwiatostan lipy
jako środek napotny, ekspresowy rumianek, ziołowa herbatka na
wzmocnienie odporności, różnego rodzaju syropy i pastylki na
kaszel, butelka po likierze pełna domowego soku malinowego. Właściwie
żyć, nie umierać – nawet jak robi się z ciebie człowieka
niedomagającego.
... tylko, że nic mi już
nie dolega.
Dopisano: a jednak – pomyłka!
Znamy wyrok: jest angina, jest pięć dni zażywania antybiotyku,
jest zupełnie nieczytelne zwolnienie lekarskie. Można za to
nadrabiać braki snu albo bezpardonowo leżeć pod kołdrą, sącząc
z ulubionego kubka herbatę z sokiem malinowym i oglądać mnóstwo
bzdur. Sielanka.
Z serii przypadkowe odkrycia, względnie małe radości: dosypanie do filiżanki espresso łyżeczki naturalnego kakao, tyleż samo przyprawy do grzańca, dwóch łyżeczek cukru, powolne wlanie całości do przezroczystej szklanki wypełnionej gorącym, spienionym mlekiem posypanym tartą czekoladą i cynamonem skutkuje zbliżeniem się do kawowego absolutu. Kalorie... Zabrakło tylko odrobiny baileysa.
Z serii przypadkowe odkrycia, względnie małe radości: dosypanie do filiżanki espresso łyżeczki naturalnego kakao, tyleż samo przyprawy do grzańca, dwóch łyżeczek cukru, powolne wlanie całości do przezroczystej szklanki wypełnionej gorącym, spienionym mlekiem posypanym tartą czekoladą i cynamonem skutkuje zbliżeniem się do kawowego absolutu. Kalorie... Zabrakło tylko odrobiny baileysa.
Wieczór stawiam istotnie
pod znakiem zapytania: a ja bardzo dużo nadinterpretuję. Powrót do brutalnej
rzeczywistości pozostaje skwitować krótkim: byle do piątku.
Wielkiego piątku. A już czeka na mnie lista nieregularnych
czasowników, a już widzę perspektywę kolokwium, a już obserwuję
rosnące słupki ze słownictwem na każdą okazję. Najgorsze jednak
przed nami, w postaci codwutygodniowej półtorej godziny spędzonej
na gramatyce opisowej. Ja się boję kobiet, takich kobiet.
Potem – czy to skutek
antybiotyku? zjadłem coś przed pójściem do łóżka? – śniła
się niczym zmora Madame Dorota, cała w zieleni (ja – zielony) i
malkontenckim sosie, do galerii handlowej wchodząca. Powraca
przypowieść o synu marnotrawnym.
Bój się tego, o czym
myślałeś jako uczeń liceum. Może to przyjść do ciebie
ponownie. Tylko wypłata nie nastraja optymistycznie. Musiało zdarzyć się
coś niespodziewanego. Od godziny piętnastej o samopoczucie, o
spotkanie, o wypicie kawy spytało mnie cztery osoby. Rano bać się
będę sprawdzenia skrzynki odbiorczej.
W czwartek wskrzeszamy
trupa – a patronatem nasza klasa pe-el. Obejrzałem klasowe zdjęcia
ze szkoły podstawowej. Na jednym – to niewątpliwie zabawa
karnawałowa '97 była – jestem w stroju króla wodnika, w
turkusowej zasłonie, plastikowej zbroi i koronie z folii
aluminiowej. Na kolejnych fotografiach widzę osoby, o których nie
wiem czy jestem w stanie cokolwiek powiedzieć. Jedna z dziewcząt ma
na już męskie imię.
Motyw przewodni poprzedniego wieczoru
– viva la sałatka, mięsko i la dobra muzyka – wywołał
we mnie sarkastyczny uśmiech. Tylko trzeba schłodzić wódkę, na
trzeźwo se ne da! Na la dobrą muzykę nie zwracałem
przesadnej uwagi, la sałatka okazała się zwykłą sałatką
a z mięs ostał się tuńczyk z puszki. Drętwo, drętwo, życzliwi
chcieli mnie swatać a uwagę zwracali homofile, na których tle –
ja, tak, ja – czułem się rasowym homofobem. Zerwałem się o
świcie z kanapy gościnnej, najwyraźniej wciąż wstawiony. Potem w
pracy wydawało się, że zemrę na śmierć a przynajmniej zemdleję,
dostanę zawału serca i cucić będzie mnie ostatnia osoba, przez
którą chciałbym być cucony. Dlategóż nie zemdlałem.
Ja na fotografiach z
ostatniego sylwestra... Oglądanie tych przypominało kiepski film, z
którego wiele i tak już się nie pamięta. Potem – odezwał się ten,
którego nie wiesz dlaczego tak dobrze poznałeś. Duch przeszłości,
przewrażliwionej przeszłości pokrytej długimi włosami, krążący
nad tobą jak fatum. Udajesz, że nie widzisz i skręcasz ulicę
wcześniej. Nie odbierasz telefonów. On wciąż istnieje. Tylko, no,
jak mi się właściwie wiedzie?
Faceci z reklam i okładek
wpędzają mnie w kompleksy, gorzej! – jest źle i koniec świata.
Ustalam jadłospis według porad z Men's Health. Zjadłem
jajecznicę z chili, jogurt ananasowy z musli, popiłem espresso z
cynamonem i zieloną herbatą. Mam zakwasy. Mam ochotę na więcej
zakwasów. W atlasie, brzuszkach, rowerze i nocnym joggingu
przyszłość!
Tuż przed zaśnięciem przypomniałem sobie, co zrobiłem w ostatnią niedzielę z fajką wodną. I zasnąć nie mogłem.
Tuż przed zaśnięciem przypomniałem sobie, co zrobiłem w ostatnią niedzielę z fajką wodną. I zasnąć nie mogłem.
Pracownik fizyczny, ja.
Mąka. Dużo mąki. Bordowa, zbyt ciasna na bmi znacznie odbiegające
od normy, podkoszulka. Granatowe spodnie błagające o pobyt w
nagrzanej do dziewięćdziesięciu stopni pralce. Twarz krzycząca o
wodę i mydło a włosy... Są miejsca, w których nie musisz
przejmować się tym, jak wyglądasz, co masz na sobie i jak ci z tym
nie do twarzy. Albo miejsca, w których i tak nie różnisz się od
innych. Ale gdy to, co powinno pozostać niedostępnym, staje się
choć na chwilę publicznym... Traf chciał, że tak się
prezentujący spotkałem chyba jedną z ostatnich osób, które
chciałbym w takich momentach widzieć. To było jedno z najbardziej
niepokojących spotkań.
Diametralne są różnice
między tym, jak odbiera się ludzi w białych koszulach – a jakie
popełniają internetowe profile. Ulubiona Menedżerka, ta ironia
chodząca, ta zła a inteligentna, prezentuje siebie nie tylko na w
pijackim amoku i kwiecie we włosach, ale też – widać świeżą
metkę – jako dziewczę z uszami różowego królika.
Padałem przy fotografii z zielonym, pluszowym Czesławem. Chciałbym
wierzyć, że to autoironia, że dziwne miny, że chociaż jakiś
komentarz... A jednak. Kosmos.
Inne zdjęcia znajomych
(a może nie?) kobiet, które przez ostatnie piętnaście minut
ukazały się na ekranie laptopa, sprawiły że na jakiś czas
zostałem wyzbyty z heteroseksualnego pierwiastka. W akcie desperacji
myślę nad zrezygnowaniem z naszej klasy, grona, temu podobnych.
Pozostało kojarzyć
święta z nieznaczącymi życzeniami, poranną czekoladą ze
spirytusem, pełnym układem trawiennym i wyjazdem na znany wschód,
gdzie ludzie mówią językiem pustych pytań i odpowiedzi. Znamy się
od urodzenia, widzimy kilka razy do roku, nic o sobie właściwie nie
wiedząc.
Nie zadaję pytań, na
które chcę znać odpowiedź. Nie rozbieram swoich myśli do naga. Pruderia we mnie wstąpiła. ...poszukuję akceptacji tego, co
nieuchronne.