Stacja: Włoszczowa.
Godzina po zachodzie słońca. Przymusowy czterdziestominutowy postój w oczekiwaniu na pociąg Kraków - Warszawa
- Białystok; czuję się jak Bowie, w 1973 r. zatrzymujący się na chwilę
na Dworcu Gdańskim. Tyle razy przejeżdżam tędy nie zastanawiając się nad
tym, co kryją jakby senne okolice tej stacji. Próbuję uniknąć
styczności z dwójką bezdomnych mężczyzn. Wychodzę ze skromnej poczekalni
na prowadzącą do niej ulicę. Przede mną oświetlona szosa. Po prawo
mijam kilka niepozornych bloków, przy każdym trzepak, Śląska 6, 4, w
końcu 2, po lewo - otchłań, ciemność, wszechogarniająca pustka, amen.
Słychać tylko szczekanie goniących się psów. W oddali widzę trzech
maszerujących mężczyzn - zwiewać? nie zwiewać? - z plecakami,
karimatami, zmierzających jednak ku dworcowi. Zwracam uwagę na figurę
Matki Boskiej, pod którą - już ledwo widać - mieszkańcy układają
sztuczne kwiaty, znicze, teraz już wypalone. Skręcam w Dworcową,
spostrzegam szereg jednorodzinnych domów. W co drugim oknie zapalony
żyrandol, mieszkańcy siedzą przy telewizorach. Nasłuchuję. W krajobrazie
dominuje jednak cisza, niepokój, jakby każda ciemna uliczka, szmer,
każdy mniej czy bardziej zadbany ogródek krył w sobie tajemnicę. Czym
prędzej wycofuję się, z obawy przed niezawodnym, wyłaniającym się zawsze
w takich sytuacjach mordercą z hakiem. Punkt szósta, pół kilometra od
stacji słychać rozbrzmiewający donośnie komunikat, jak katedralny dzwon.
Pociąg do Białegostoku tuż-tuż. Placu Komuny Paryskiej nie odkryłem.