środa

O braku skandalu

Wszystko się układa, to znaczy – na pewno coś jest na rzeczy, na pewno coś zaraz się stanie. Cierpliwie czekam, prowokuję rzeczywistość, silę się na kontrowersję, marzę o pretekście do kłótni, wiercę dziurę tam, gdzie wiercenie wydawać by się mogło – zakończone. Wywiercona dziura doczekała się odpowiedniego gwozdka, na gwozdku zawisł intrygujący pejzaż. Et tu, słodki dramacie?! Ale niech ten pejzaż choć uwiera! Niech pejzaż stanie się ckliwym jeleniem na rykowisku! Niech zamieni się w krzyż, w cierpienie, przysadzistego księdza w kapie ze złotego brokatu! Nawet za cenę nieprzespanej nocy, nawet za cenę odruchów wymiotnych ze stresu!
Dramat podszedł od drugiej strony. Nie nadchodząc.
Więc leżymy: ksiądz, jeleń, ja, krzyż, leżymy na rykowisku, wydawać by się mogło – odpowiednim rykowisku. Przykre i okrutne idzie mimo uszu jelenia, ksiądz w kapie nie kończy zapewniać o przeokrutnej słodkości mojej, widzę jak coraz bardziej ziewa. Krztuszę się z niemocy. Nie wierzę w to, co się dzieje, nie ma torsji – dostaję torsji. Wyprowadźcie mnie z równowagi! Bądźcie okrutni do szpiku kości! Przynajmniej zareagujcie! Dajcie powód do płaczu! Teatru! Statusu ofiary! Zaspokojenia mojej wewnętrznej drama queen!

Jest niedziela, jest wieczór, wracam pociągiem. Krakowiacy udają się do Warszawy, Warszawiacy wracają z urlopu na swoje ursynowskie blokowiska. Mimo to – cztery wolne miejsca w przedziale, osoby obok nie nadwyrężają kruchego poczucia estetyki, mkniemy. Czytam fantastyczną, znalezioną na przecenie książkę. Ruszam do toalety, uprawiam defekację, nie czuję obrzydzenia, dłonie pachną jednorazowym ręcznikiem, kwiatowym mydełkiem. Zaraz zatęskniłem za powrotem z tego samego miasta, styczeń rok temu, ja – zapłakany, skulony na podłodze w zdezelowanym regio, pośród czarnej myśli, do dziś nie mogę słuchać agetis byrjun, brak przyszłości, wieje i rozwiewa mnie. Gdzie te ukocmołowane pociągi tęskniące za euro z Unii Europejskiej? Gdzie te malkontentki, te babcie-faszystki? Gdzie ten ohydny Centralny? Tamte czasy, wróćcie!
Zdążam przesiąść się do pociągu na Sjedlce, już Wesoła. Kupuję w nocnym coś na śniadanie. Leżę na łóżku – pościelonym. W szafie kilkadziesiąt koszulek – złożonych w kostkę. Zlew (niedawno doszedłem do wniosku, że sześć kubków na biurku, dwa z pleśniejącą zawartością, to obciach) – lśni jak w drugiej połowie lat 90. Plecak rozpakowany, pralka – nastawiona. Dopiero wtedy zasypiam. Znowu wstanę wcześniej niż zawsze.