Śledziłem losy kota Alika, Alik zgasł. Parę dni temu skończyłem biografię Villas, Violetta nie żyje. Oszczędzić Wałęsową?
Ale jak to?! Tyś, który siedział do dziwnych godzin na tym całym jutjubie, Tyś który psuł sobie wzrok przed ekranem, garbiąc się na kręconym krześle, znajdując co rusz co ciekawsze nagrania swojej ukochanej Wioletki? Tyś, który niespokojnie wiercił się przy Oczi czarnyje, fikał przy tym jak koza z Magdalenki? Tyś, który trzymał na półeczce dumnie jej płytę, tuż obok tych strasznych maryjek fatimskich, świętych obrazków, papieżów? Tyś, który zniknął tak nam ostatnio w miasteczku w bliżej nieokreślonych okolicznościach a potem wrócił, uprzednio doznając rzekomego oświecenia w galerii błogosławionej handlowej, z fioletową książeczką o Villas pod pachą? Tyś, który ją potem czytał, i czytał, i nam radośnie cytował? Nie płakał? Tyś nie płakał?
- Piotrze, patrz, na tefałenie podali, że Twoja Violetta nie żyje.
- Co? Jak to?
- Dziś, tefałen podaje, dwudziesta pierwsza, znaleziona, martwa.
- Że godzinę temu? To jeszcze ciepła...
Poczułem ulgę.
Pewnie
trochę taką, jak się odczuwa po śmierci schorowanej babci. Babci
miesiącami, latami podtrzymywanej przy życiu, kiedy zejście jej
ostateczne nieuchronnie nadchodzi, jak zwykle na swoich malutkich
szpetnych nóżkach. Tylko, że jakoś przyjść nie może. A w babci coraz
mniej babci, właściwie babci już nie ma, duch babci się ulotnił. Violetta Villas
gasła, Violetta traciła powolny kontakt z rzeczywistością. To Villas
wycieńczona, to Villas szczurem gryziona, to Villas z psychiatryka, to
Villas bezzębiem strasząca, to Villas skłócona, to Villas bez włosów a
to Villas w pełnej dewocyjnej krasie, tak, tak, tak! Widzimy ją coraz
bardziej schorowaną, słyszymy coraz jej to bardziej blednący głos,
właściwie resztki głosu sprzed lat, załóżmy, dwudziestu czy trzydziestu.
Bardzo smutne, coraz mniej tragikomiczne przedstawienie starszej pani
dobiegło końca. A nawet jeżeli nie - to już bez udziału jej samej. A
myślę, powtarzam raczej że nic bardziej nie niszczyło legendy jej, tej z
lat 60. i 70., bardziej niż ona sama. Występy, wywiady w ostatnich
latach - naprawdę przykro się i słuchało, i oglądało. Ku przestrodze. I
to jakby na własne życzenie, z czystej nieświadomości. Jakby nie było -
pewnie nie było - kogoś z boku, kto powiedziałby że ze sceny trzeba
zejść, kiedy jest na to pora. Czyli dawno temu.
Ja raczej zająłem
się jej niebywałym fenomenem, fenomenem kreowanym niejednokrotnie przez
nią samą. Wielkiej gwiazdy, divy z lisim futrem, która miała u stóp
światową karierę, wręcz ją rzekomo zdobyła, lecz na skutek wielu
nieszczęśliwych zbiegów okoliczności... Czyli wyszło jak zawsze.
Nie boję się śmierci. W końcu to nie jest koniec. Śmierć jest dopiero prawdziwym początkiem. Wiele razy cierpiałam, bo wbrew temu, co mówią ludzie, moje życie nie zawsze było usłane różami. Ale wiem, że Bóg mnie w ten sposób sprawdzał i hartował. Dzięki temu zbliżyłam się do Niego i pogłębiłam swoją wiarę. Dlatego bez względu na to, co dla mnie szykuje, przyjmę to z pokorą.
Szczęśliwi, którzy uwierzyli.